Nie tylko Stany Zjednoczone są coraz bardziej zainteresowane obszarem podbiegunowym. Rosja poprzez inwestycje w Arktyce stara się szachować NATO, ale też roztoczyć kontrolę nad północno-wschodnią drogą morską, która zapewnia jej dogodny kontakt z Chinami. Te z kolei już w 2018 roku ogłosiły się państwem okołoarktycznym. Temperatura wokół Arktyki coraz bardziej rośnie.
Okręt patrolowy norweskiej straży przybrzeżnej na Morzu Grenlandzkim.
– Prawdopodobnie nie osiągniemy niczego bez użycia siły. Szczerze mówiąc, gdybyśmy się na to zdecydowali, bylibyśmy nie do zatrzymania. Ale ja tego nie zrobię – oznajmił podczas przemówienia w Davos prezydent USA Donald Trump, a europejscy przywódcy odetchnęli z ulgą. Widmo amerykańskiej inwazji na Grenlandię – terytorium należące do sojuszniczej Danii, znacząco się oddaliło. Napięcie opadło jeszcze bardziej, gdy kilka godzin później Trump ogłosił wstępne porozumienie w sprawie przyszłości wyspy. – Jeśli uda się je zrealizować, będzie korzystne nie tylko dla Ameryki, ale też wszystkich państw NATO – mówił.
Jedwabny szlak w nowej odsłonie
Sprawa Grenlandii po raz kolejny przypomniała światu, jak ważne w kalkulacjach mocarstw stały się lodowe pustkowia Arktyki. Wszystko zaczęło się jeszcze w czasach zimnej wojny. Planiści z USA i ZSRR dostrzegli, że obszar ten stanowi najkrótszy łącznik pomiędzy terytoriami obydwu supermocarstw, przewaga tam zdobyta może zaś stać się kluczem do zwycięstwa w otwartym konflikcie. Na akwenach Dalekiej Północy regularnie pojawiały się więc atomowe okręty podwodne, a na skutych lodem obszarach powstawały kolejne wojskowe instalacje. To wówczas m.in. niewielka osada Wajenga na Półwyspie Kolskim przekształciła się w Siewieromorsk – główną bazę sowieckiej Floty Północnej. Wtedy też Amerykanie uruchomili na Grenlandii bazę Thule, przemianowaną potem na Pituffik, która stała się kluczowym elementem w systemie wczesnego ostrzegania przed uderzeniem nuklearnym. Upadek ZSRR sprawił, że zainteresowanie Arktyką na pewien czas spadło. W ostatnich dekadach jednak odżyło ze zdwojoną siłą.
Zdecydowały o tym m.in. względy gospodarcze. Postępujące w szybkim tempie zmiany klimatyczne sprawiły, że północne szlaki żeglugowe, dotąd przez większą część roku skute lodem, stały się bardziej dostępne. Do tego cofający się lądolód rozbudził nadzieję na eksploatację złóż naturalnych. A jak podkreślają eksperci: Arktyka pod tym względem stanowi niemal nieprzebrany rezerwuar. Sama tylko Rosja szacuje, że na Dalekiej Północy posiada jedną czwartą krajowych zasobów ropy i 70% gazu.
– Dla Rosjan Arktyka ma egzystencjalne znaczenie. Bez tamtejszych surowców i Północnej Drogi Morskiej, która obok sieci kolejowej stanowi jedną z dwóch arterii scalających olbrzymie terytorium, państwo nie mogłoby normalnie funkcjonować – podkreśla prof. Krzysztof Kubiak, politolog z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach. Na tym jednak nie koniec. W ostatnich dekadach w Rosji odżyły imperialne ambicje, podszyte antyzachodnimi lękami.
Z jednej strony Arktyka zaczęła być postrzegana jako miękkie podbrzusze – miejsce, w którym przeciwnik może przeprowadzić pierwsze uderzenie. – I to niekoniecznie za pomocą rakiet balistycznych, ale trudniejszych do wykrycia pocisków manewrujących – dopowiada prof. Kubiak. Z drugiej Kreml uznał, że Daleka Północ to jeden z kluczy do odbudowy dawnej potęgi. Tym bardziej że skomplikowany, a momentami nie do końca jasny status prawny tego regionu sprzyja ekspansywnej polityce. Przykład? Choćby Svalbard. Ten strategicznie położony archipelag na mocy traktatu z 1920 roku pozostaje pod kontrolą Norwegii. Rosja jednak, podobnie jak wiele innych państw, ma prawo do eksploatacji tamtejszych złóż. Sporne obszary na Morzu Barentsa zostały rozgraniczone na mocy rosyjsko-norweskiej umowy z 2010 roku. Tyle że w ostatnim czasie Rosjanie zaczęli oskarżać Oslo o łamanie ustaleń, a jednocześnie podjęli wokół archipelagu działania hybrydowe. Pod pozorem badań naukowych wzmacniają swoją obecność w tamtym rejonie, a jednocześnie prowadzą kampanie dezinformacyjne. W 2025 roku norweskie media donosiły też, że podczas manewrów „Zapad” Rosjanie ćwiczyli… desant na Svalbard.
Tego rodzaju działania to element szerszej strategii. – Rosja przywraca do życia poradziecką infrastrukturę wojskową i podwójnego zastosowania, buduje też nowe obiekty. Mowa o stacjach radarowych, pasach startowych czy instalacjach portowych – wylicza Piotr Szymański, analityk z Ośrodka Studiów Wschodnich. Na tej liście jest choćby nowoczesny kompleks na Ziemi Franciszka Józefa, skąd przez cały rok mogą operować różne typy samolotów, czy baza Tiksi nad Morzem Łapietów – miejsce stacjonowania m.in. pododdziałów przeciwlotniczych. Rosjanie rozmieścili w Arktyce wyrzutnie pocisków Bastion-P, wzmacniają też operujące tam siły okrętowe – zwłaszcza te podwodne. W lipcu 2025 roku do służby został wprowadzony na przykład „Kniaź Pożarski”, ósmy z okrętów atomowych typu Boriej/ Boriej A, zdolny do przenoszenia 16 międzykontynentalnych pocisków Buława z głowicami jądrowymi. O tym, jak ważna dla Kremla jest obecność na Dalekiej Północy świadczy też to, że w 2021 roku Flota Północna została podniesiona do rangi okręgu wojskowego – piątego w rosyjskich siłach zbrojnych.
Rosja poprzez inwestycje w Arktyce stara się szachować NATO, ale też roztoczyć kontrolę nad północno-wschodnią drogą morską, która zapewnia jej dogodny kontakt z Chinami. Te z kolei już w 2018 roku ogłosiły się państwem okołoarktycznym, a wspomnianą trasę określiły jako część inicjatywy „Pasa i Szlaku”. – To najkrótsze połączenie pomiędzy chińską fabryką a konsumentem z Europy Zachodniej – podkreśla prof. Kubiak. Droga wzdłuż wybrzeży Rosji jest o kilka tysięcy mil morskich krótsza niż szlaki wiodące przez Kanał Sueski, Panamski czy wokół Afryki. Do tego niezależnie od ciągle trudnych warunków pogodowych dla Chin to przejście bezpieczniejsze. Statki omijają rozległe akweny, na których dużą siłę oddziaływania ma amerykańska marynarka wojenna. A to, jak zgodnie podkreślają eksperci, w dobie różnego typu kryzysów politycznych może okazać się atutem. Północny szlak służy wreszcie Chińczykom do importu rosyjskich surowców. – Pekin, wykorzystując wojnę w Ukrainie i słabnącą pozycję Rosji, powoli przejmuje jej aktywa na Syberii. Krok po kroku ją od siebie uzależnia. Rosjanie o tym oczywiście wiedzą, ale nie bardzo mają możliwość, by się temu przeciwstawić – uważa prof. Kubiak.
Chiny do budowania swojej pozycji w Arktyce używają przede wszystkim narzędzi ekonomicznych, choć… coraz wyraźniej sygnalizują, że w razie potrzeby będą też w stanie sięgnąć po środki militarne. W październiku 2024 roku media obiegła informacja o pierwszym wspólnym patrolu rosyjskiej i chińskiej straży przybrzeżnej na Oceanie Arktycznym. Zespół operował w wyłącznej strefie ekonomicznej Rosji, zbliżając się do wybrzeży Alaski na około 500 km. Co na to Zachód?
Amerykanie uruchomili na Grenlandii bazę Thule, przemianowaną potem na Pituffik, która stała się kluczowym elementem w systemie wczesnego ostrzegania.
Więcej NATO w NATO
Państwa NATO nigdy nie straciły Arktyki z oczu. Amerykanie pomimo zakończenia zimnej wojny utrzymali na Grenlandii wspomnianą bazę Pituffik, a także bazy lotnicze na Alasce. Monitoringiem potencjalnych zagrożeń, które mogą nadejść od strony Dalekiej Północy, nieprzerwanie zajmuje się też NORAD, czyli amerykańsko-kanadyjskie Dowództwo Obrony Północnoamerykańskiej Przestrzeni Powietrznej i Kosmicznej. Z racji położenia baczenie na regiony arktyczne praktycznie od zawsze miała też Norwegia, nieco niżej zaś, na północnym Atlantyku, regularnie operował stały zespół okrętów NATO, strzegąc strategicznego przejścia GIUK, które rozciąga się pomiędzy Grenlandią, Islandią i Wielką Brytanią.
A jednak w pewnym momencie stało się jasne, że aktywność Zachodu w strefie arktycznej jest niewystarczająca. Jak wskazują eksperci: NATO nie wypracowało jednolitej strategii związanej z tym regionem, nie dość często demonstrowało tam swoją obecność, nie dość dynamicznie rozbudowywało wojskową infrastrukturę. – Symbolem takiego podejścia stała się choćby sprawa amerykańskich lodołamaczy. Tamtejsza straż przybrzeżna posiada zaledwie trzy tego typu jednostki, podczas gdy Rosjanie mają ich blisko 40. Dopiero w 2025 roku Amerykanie podpisali z Finlandią kontrakt, który pozwoli znacząco zwiększyć ich liczbę – zauważa dr Wojciech Kwiatkowski, amerykanista z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie.
Wspomniana umowa to zresztą zaledwie jeden z przykładów na to, że podejście Zachodu do Arktyki w ostatnim czasie zaczęło się wyraźnie zmieniać. W reakcji na rosnącą aktywność Rosji i Chin Amerykanie obsadzili na przykład opuszczoną bazę w Keflavíku i wraz z innymi sojusznikami zaczęli regularnie trenować przerzut sił na Islandię. Kilka lat temu został tam na przykład rozmieszczony komponent Morskiej Jednostki Rakietowej z Siemirowic. Jeszcze w 2008 roku Islandia została objęta natowską misją lotniczą Air Policing, a w północnych rejonach Norwegii przeprowadzona została seria międzynarodowych ćwiczeń, które miały przygotować żołnierzy do działania w trudnych zimowych warunkach. Natowskie pododdziały szlifowały umiejętności także na Grenlandii. We wrześniu 2025 roku odbyły się manewry pod kryptonimem „Arctic Light”, w których wzięło udział niespełna 600 żołnierzy z kilku europejskich państw. Na liście ćwiczących znalazły się m.in. załoga fregaty „Niels Juel”, wojska specjalne z Danii czy francuski pododdział piechoty górskiej.
Rosja szacuje, że na Dalekiej Północy posiadajedną czwartą krajowych zasobów ropy i 70% gazu. Na zdjęciu rosyjska platforma wydobywcza.
I wtedy właśnie Amerykanie odpalili dyplomatyczną bombę. Donald Trump, który już na początku kadencji zapowiedział, że będzie starał się o przejęcie Grenlandii, w początkach stycznia otwarcie zażądał scedowania tego terytorium na rzecz USA. Nie wykluczył przy tym, że aby osiągnąć swój cel, może sięgnąć po wojsko. – Jeśli nie przejmiemy Grenlandii, zrobi to Rosja albo Chiny – tłumaczył.
Skąd tak radykalna postawa? – Przyznam, że argumenty prezydenta Trumpa trudno zrozumieć. Przecież na mocy porozumienia, które jeszcze w latach pięćdziesiątych podpisały USA i Królestwo Danii, Amerykanie mogą de facto swobodnie zwiększać tam swoją wojskową obecność – zaznacza Szymański. Do tego Stany Zjednoczone posiadają narzędzia, by niwelować w tym regionie wpływy gospodarcze globalnych rywali. – Tak stało się w 2018 roku, kiedy to chińska firma CCCC była faworytem w przetargu na rozbudowę grenlandzkich lotnisk. Jej wybór udaremnił amerykański Departament Obrony, który poprzez Kopenhagę wywarł skuteczny nacisk na władze w Nuuk. Amerykanie obawiali się o bezpieczeństwo stacji radarowej w Pituffik – wspomina Szymański. Tym bardziej trudno wyobrazić sobie rosyjską czy chińską inwazję na wyspę. Brzmi to jak scenariusz filmu science fiction…
– Dziś oczywiście ani Chiny, ani tym bardziej Rosja nie mają na to wystarczającego potencjału. Nie oznacza to jednak, że nie mogą Amerykanom zaszkodzić. Zwłaszcza że sytuacja międzynarodowa pozostaje bardzo dynamiczna – uważa dr Kwiatkowski. Grenlandia od dawna rozważa oderwanie się od Danii. Jeśli rzeczywiście wybije się na niepodległość, może stać się bardziej podatna na rosyjskie – a jeszcze bardziej na chińskie – wpływy. I tego zdaniem eksperta obawia się Trump. – USA nie chcą, by Chiny zrobiły im to, co oni Chinom w Azji Południowo-Wschodniej. Tam Amerykanie mają bazy w Japonii, Korei Południowej, na Filipinach, są też obecni na Tajwanie, słowem posiadają przyczółki w bliskim sąsiedztwie chińskiego terytorium. Jeśli chodzi o zachodnią półkulę, Pekin budował wpływy w Wenezueli, co Amerykanie skutecznie przecięli, uprowadzając Maduro. W sprawie Grenlandii najwyraźniej wolą dmuchać na zimne – twierdzi dr Kwiatkowski.
Według niego groźba amerykańskiej inwazji na Grenlandię od początku była mało realna. Ale Trump i tak zyskał wiele. – Na stole jest opcja stworzenia tam eksterytorialnych baz USA. Amerykanie, nie oglądając się na nikogo, będą mogli stworzyć choćby bazy okrętów podwodnych operujących w Arktyce czy ulokować tam elementy systemu antyrakietowego Złota Kopuła. Do tego wymusili na pozostałych członkach NATO zwiększoną aktywność w tym rejonie świata – argumentuje dr Kwiatkowski.
I rzeczywiście, pod koniec stycznia sekretarz generalny Sojuszu Mark Rutte zapowiedział w Parlamencie Europejskim, że trwają prace nad nowymi rozwiązaniami w tej sprawie. – NATO jako całość przejmie większą odpowiedzialność za obronę Arktyki – zadeklarował.
Gorący czas, chłodna głowa
Pozostaje pytanie, w jakim stopniu będzie to reakcja adekwatna do rzeczywistych zagrożeń, w jakim zaś próba ułagodzenia Trumpa. – Znaczenie Arktyki rośnie, na pewno jednak nie zaliczałbym jej do najbardziej zapalnych rejonów świata – przyznaje prof. Kubiak. Powód? A choćby taki, że na rozległych lodowych przestrzeniach skrajnie trudno byłoby prowadzić działania wojskowe. Zadbać o logistykę, przerzucać masy żołnierzy, organizować desanty. Podobnie rzecz się ma z surowcami naturalnymi. – Tutaj wyraźnie musimy rozróżnić dwie rzeczy: zasoby i rezerwy. Innymi słowy: to, co zalega pod ziemią, i to, co rzeczywiście można i opłaca się wydobywać – podkreśla prof. Dominik Kopiński, analityk Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Ilość cennych surowców na Grenlandii jest ogromna. Problem w tym, że brakuje infrastruktury. Aby eksploatować złoża, należałoby zbudować nie tylko kopalnie, ale też drogi, lotniska, porty. Do tego zapewnić siłę roboczą. No i trzeba pamiętać, że inwestycje w Arktyce byłyby realizowane w skrajnie niekorzystnych warunkach klimatycznych – wylicza ekspert. Wniosek: większość z nich zapewne okazałaby się nieopłacalna.
Temperatura wokół Arktyki w ostatnim czasie znacząco wzrosła i w najbliższych dekadach sytuacja zapewne się tam nie zmieni. Jednak, kreśląc potencjalne scenariusze dla tego miejsca na świecie, bez względu na wszystko warto zachować chłodną głowę.
autor zdjęć: Marius Vågenes Villanger/ Forsvaret, Mikhael Klimentyev/ Zuma Press/ Forum, US Space Command, GAZPROM

komentarze