moja polska zbrojna
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje w Polsce Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych, zwane także RODO).

W związku z powyższym przygotowaliśmy dla Państwa informacje dotyczące przetwarzania przez Wojskowy Instytut Wydawniczy Państwa danych osobowych. Prosimy o zapoznanie się z nimi: Polityka przetwarzania danych.

Prosimy o zaakceptowanie warunków przetwarzania danych osobowych przez Wojskowych Instytut Wydawniczy – Akceptuję

Ludzie bez twarzy

Parafrazując prorocze słowa pisarza Henry’ego Jamesa, latem 1914 roku świat skoczył w otchłań krwi i ciemności. Wielu wyszło z niej bez twarzy – i to w sensie jak najbardziej dosłownym. Okrutnie okaleczeni żołnierze musieli pogodzić się z życiem na marginesie społeczeństwa albo liczyć na cud. I część takiego cudu doczekała m.in. dzięki wysiłkom pierwszych chirurgów plastycznych.

Anna Coleman. Biblioteka Kongresu Stanów Zjednoczonych.

Gwizdek. Jeden, drugi, trzeci, czwarty. Oczy zalepione kurzem otwierają się powoli. Ktoś klepie go po plecach i krzyczy prosto do ucha: „Teraz, bracie, teraz!”. Duży Bob gramoli się z okopu i rusza przed siebie. Biegnie przez poharataną pociskami równinę – coraz szybciej i szybciej. Słyszy gęstniejący świst kul, wreszcie rzuca się do leja po bombie. Musi złapać oddech. W oddali widzi niemieckiego oficera, który dyryguje swoimi żołnierzami. Duży Bob podrywa się, przykłada do ramienia karabin, pociąga za spust. Niemiec pada. Bob triumfuje. Chwilę później powietrze przeszywa potężny huk. Dalej jest ciemność.

Rankiem 1 lipca 1916 roku, podczas półtoragodzinnego szturmu na niemieckie pozycje u brzegów Sommy, zginęło 19 tys. Brytyjczyków. Przeszło 38 tys. zostało rannych. Nigdy wcześniej ani później armia Zjednoczonego Królestwa nie poniosła tak dużych strat w jednej bitwie, podczas jednego tylko dnia. „Gdy doniesienia o tej jatce dotarły do brzegów Wielkiej Brytanii, nazwiska poległych […] zajmowały nie kolumny, ale całe strony gazet” – pisała Lindsey Fitzharris, historyk medycyny, która skrupulatnie zrekonstruowała najbardziej dramatyczny wycinek z życia Dużego Boba, czyli brytyjskiego piechura R.W.D. Seymoura.

REKLAMA

On sam przeżył. Ale czy faktycznie mógł nazwać siebie szczęściarzem? Kiedy trafił pod opiekę lekarzy, jego twarz przypominała krwawą miazgę.

Co zniesie książę?

Francuzi mówili o nich „les gueules cassées” (rozbite gęby), Niemcy „das Gesichts entstelten” (mężczyźni bez twarzy), a Brytyjczycy „loneliest of Tommies” (najbardziej samotni z naszych chłopaków)... Pomimo powszechnego szacunku, który otaczał weteranów, oni akurat spychani byli na margines. No bo w końcu jak wiele okropieństw jest w stanie unieść człowiek, który piekło wojny zna jedynie z opowiadań? „Strzaskane ramię wzbudza naszą litość, brak nogi wywołuje współczucie, ale twarz spustoszona odłamkiem […] nie może nie wzbudzać do pewnego stopnia odrazy” – zauważał w 1916 roku jeden z reporterów „Daily Mail”. Brytyjski generał Horace Sewell, którego zapiski przywołuje wspomniana Fitzharris, opowiadał, jak to mieszkańcy Burnham-on-Crouch zażądali od władz miejscowego sanatorium, by okaleczeni żołnierze byli trzymani pod kluczem. Bo ich przechadzki po wsi nawet dorosłych przyprawiały o dreszcze. Widoku okrutnych ran nie wytrzymał sam następca brytyjskiego tronu, który pewnego dnia odwiedził szpital w Sidcup.

Personel odradzał mu zaglądanie do pewnych sal, ale książę się uparł. Sewell: „Postawił na swoim i wszedł. Ale z tego, co słyszę, trzeba go było wynieść”.

Liczba żołnierzy z ranami twarzy szła w setki tysięcy. Tylko we Francji, w Wielkiej Brytanii i Niemczech było ich przeszło ćwierć miliona. Stanowili żywy dowód na to, jak bardzo zmieniło się oblicze wojny. Nastał czas karabinów maszynowych, czołgów, samolotów, miotaczy ognia, gazów bojowych. Liczba nowoczesnego uzbrojenia rosła w astronomicznym tempie, zaś militarne nowinki wdrażano praktycznie z miesiąca na miesiąc. Jeszcze w czasach napoleońskich z karabinu można było oddać średnio cztery strzały na minutę. Broń automatyczna z czasów I wojny światowej wyrzucała z siebie tyle samo kul w ciągu zaledwie sekundy. Pod Gettysburgiem w czasie największej bitwy amerykańskiej wojny secesyjnej artyleria wystrzeliła niespełna 33 tys. pocisków. Podczas batalii nad Sommą – przeszło 7 mln. I nie ma tu znaczenia, że pierwsza z nich trwała zaledwie trzy dni, druga zaś cztery i pół miesiąca. Dysproporcja i tak przyprawia o zawrót głowy.

Paradoksalnie na technologiczny skok nie do końca były gotowe same armie. Dowódcy nie zawsze potrafili doposażyć swoich podwładnych w adekwatne środki ochronne i przeszkolić ich tak, by prawdopodobieństwo przeżycia na polu bitwy stało się choć odrobinę większe. W pierwszych tygodniach wojny żołnierze często szli do boju z pieśnią na ustach i w płóciennych czapkach na głowach. Stalowe nakrycia, które miały ich chronić przed deszczem odłamków, pojawiły się dopiero w 1915 roku. Najpierw Francuzi wprowadzili hełm Adriana, potem Brytyjczycy hełm Brodiego. Niespełna rok później armia niemiecka powszechnie już używała Stahlhelmów M1916.

Bezprzykładna rzeź jednak trwała, a wraz z nią przybywało „mężczyzn bez twarzy”. Ich grono powiększali choćby nieszczęśnicy, którzy nieopatrznie na dłuższą chwilę wysunęli głowę z okopu, albo też – jak Duży Bob – szturmowali okopy wroga pod huraganowym ogniem karabinów maszynowych i artylerii, modląc się przy tym, by śmigające gdzie popadnie kule i odłamki szczęśliwie ich ominęły. Ale to było jak los wygrany na loterii...

Szpitale polowe nie nadążały z zaopatrywaniem rannych. Brytyjski dziennikarz Fritz August Voigt po wizycie w jednej z takich placówek pisał: „Sala operacyjna wyglądała niczym sklep rzeźnika. Na podłodze widniały duże kałuże i plamy krwi […]. Każde wiadro było pełne przesiąkniętych krwią ręczników, szyn i bandaży, a poza jego krawędź wystawała stopa, ręka albo odcięty staw kolanowy”. Tu nie było czasu, by pochylać się nad każdym przypadkiem z osobna. Kiedy na stół trafiał żołnierz ze zmasakrowaną twarzą, lekarze starali się przede wszystkim zatamować krwawienie i zaszyć ranę. Ściągali więc luźno wiszące płaty skóry i zszywali je na szybko. Oczywiście jeśli tylko była taka możliwość, a ta nie zdarzała się przesadnie często. Z wielu twarzy nie było po prostu co zbierać. Potem ranni żołnierze trafiali do szpitali w strefach, do których wojna nie zdążyła dotrzeć. Dochodzili do siebie, ale na więcej liczyć mogli raczej rzadko.

Anna Coleman z pacjentami. Biblioteka Kongresu Stanów Zjednoczonych.

Na ogromnej sali Szpitala Wojskowego Cambridge w Aldershot panowała cisza. Większość pacjentów przez rozbite szczęki nie była w stanie wykrztusić nawet pojedynczych słów. Czasem tylko znad łóżek unosił się krzyk. Nigdzie jak okiem sięgnąć nie było też luster. Lekarze uznali, że widok własnej twarzy, a raczej tego, co z niej zostało, mógłby wywołać u pacjentów szok, a potem jeszcze głębiej zepchnąć ich w otchłań rozpaczy i rezygnacji. Któregoś popołudnia po szpitalu spokojnym krokiem przechadzał się mężczyzna w białym kitlu. Od czasu do czasu z pogodnym uśmiechem pochylał się nad cierpiącymi i mruczał: „Nie martw się, synku, wydobrzejesz, a kiedy z tobą skończymy, będziesz miał twarz równie miłą jak każdy z nas”. Człowiek ten nazywał się Harold Gillies i zdążył się dorobić opinii cudotwórcy. Ale zanim znalazł się w Aldershot, przeszedł długą drogę.

Gillies pochodził z Nowej Zelandii. Kiedy wybuchła Wielka Wojna, miał ledwie 32 lata i cieszył się opinią wielce obiecującego chirurga. Szybko jednak zdecydował się porzucić dochodową praktykę w Londynie na rzecz publicznej służby. Jeszcze w 1914 roku zgłosił się do Czerwonego Krzyża, a kilka miesięcy później był już w drodze na front. Trafił do Belgijskiego Szpitala Polowego w Hoogstade. Tego samego, w którym przez kilka tygodni pracowała na ochotnika Maria Skłodowska-Curie. Uczona obsługiwała wymyślony przez siebie mobilny aparat rentgenowski. W Belgii Gillies po raz pierwszy zetknął się z żołnierzami, którzy odnieśli potworne rany twarzy. Podobne doświadczenia towarzyszyły mu po przenosinach do Szpitala Bazowego Sił Sprzymierzonych we francuskim Étaples. Lekarz zaczął intensywnie myśleć, w jaki sposób okaleczonym pomóc. I nie chodziło tylko o uratowanie im życia. Gillies chciał zrobić wszystko, by przywrócić im twarze, a tym samym umożliwić powrót do społeczeństwa. Chirurgia plastyczna była jeszcze wówczas melodią przyszłości. Nie stanowiła odrębnej dyscypliny.

Maski Anny Coleman. Biblioteka Kongresu Stanów Zjednoczonych.

Zdarzali się jednak zapaleńcy gotowi na najbardziej karkołomne eksperymenty. Jednym z nich był Auguste Charles Valadier. Ten francuski dentysta przeobraził swojego Rolls-Royce’a w obwoźny gabinet stomatologiczny i wyruszył na front, by leczyć zęby. Z czasem zaczął się podejmować bardziej skomplikowanych operacji – składał i odbudowywał strzaskane żuchwy. Dzięki niemu Gillies nabrał pewności, że chirurg, który chce rekonstruować twarze, nie obejdzie się bez pomocy dentysty. Również Hippolyte Morestin, chirurg, który w paryskim szpitalu Val-de-Grâce wykonywał przeszczepy skóry, odegrał tu wielką rolę. „Stałem jak oczarowany, gdy usunął połowę twarzy zniekształconej koszmarnym nowotworem, a następnie zręcznie odwrócił płat szyi, żeby odtworzyć nie tylko policzek, lecz także bok nosa i wargę za jednym zamachem. Wtedy była to jedna z najbardziej porywających rzeczy, jakie widziałem. Z miejsca zakochałem się w tej pracy” – wspominał Gillies. Niebawem przekonał brytyjskie Ministerstwo Wojny, że należy stworzyć specjalną placówkę poświęconą chirurgii twarzowo-szczękowej. W styczniu 1916 roku ruszył specjalny oddział w Aldershot. A Nowozelandczyk stanął na jego czele.

O lekarzach i artystach

Gillies był pionierem. W początkach XX wieku nie istniały jeszcze podręczniki ani naukowe skrypty poświęcone chirurgii plastycznej. W wielu przypadkach musiał zawierzyć własnej intuicji. Po trosze też zdawał się na niewiadomy bieg wypadków. Każdemu z pacjentów poświęcał długie tygodnie, a nawet miesiące. Zazwyczaj, by przywrócić zmasakrowanej twarzy wygląd zbliżony do pierwotnego, należało przeprowadzić od kilkunastu do kilkudziesięciu operacji. Przystępując na przykład do rekonstrukcji nosa, Gillies pobierał z pleców pacjenta kawał skóry i zwijał ją w rulon, który jednym końcem przytwierdzał pomiędzy oczami. Jednocześnie wycinał kawałek żebra, nadawał mu kształt grotu, po czym wszczepiał w czoło. Tam chrząstka była przez pewien czas „hodowana”, a gdy zdołała się w odpowiedni sposób otorbić tkanką, chirurg przesuwał ją w dół. Tak stworzone rusztowanie opinał luźną skórą. Pacjent zyskiwał nowy nos, daleki wprawdzie od ideału, ale na tyle znośny, by móc bez drżenia spojrzeć w lustro.

Gillies pracował pilnie. Wraz z asystentami tworzył obszerne notatki, zatrudnił również dwóch fotografów i rzeźbiarkę, którzy dokumentowali efekty poszczególnych operacji. W ten sposób systematyzowana była wiedza z zupełnie nowej dziedziny. Rozrastało się też jego królestwo. W 1917 roku zarządzał już całym szpitalem w Sidcup. Oczywiście Gillies nie był jedyny. Po drugiej stronie frontu podobną drogą szedł niemiecki chirurg żydowskiego pochodzenia Jacques Joseph. Jego kunsztem zachwycił się sam cesarz Wilhelm II, zaoferował mu kierowanie katedrą chirurgii plastycznej kliniki Charité w Berlinie, pod warunkiem wszakże, że lekarz przyjmie chrzest. Joseph odmówił, ostatecznie jednak rok później stanął na czele nowego oddziału. Za swoje zasługi otrzymał nawet Krzyż Żelazny. Tyle że wobec straszliwych ran zadanych na polach bitew często nawet lekarze pozostawali bezradni. Wtedy jednak na pomoc ruszali... artyści.

Żołnierze w maskach Anny Coleman. Biblioteka Kongresu Stanów Zjednoczonych.

Anna Coleman Ladd była rzeźbiarką. Urodziła się w 1878 roku w Filadelfii, ale jeszcze przed trzydziestką wyszła za mąż za francuskiego lekarza i sprowadziła się do Paryża. Po wybuchu wojny nawiązała współpracę z Czerwonym Krzyżem i zaczęła zabiegać o pomoc w stworzeniu specjalnej pracowni. W 1917 roku w jednej z kamienic paryskiej Dzielnicy Łacińskiej uruchomiła atelier, gdzie częstymi gośćmi byli ranni na froncie weterani. Ladd robiła dla nich maski, które zastępowały im zmasakrowane twarze. Praca zaczynała się od wykonania gipsowego odlewu. Potem w oparciu o niego artystka odpowiednio formowała arkusz ocynkowanej miedzi. Wspomagała się przy tym starymi zdjęciami swoich pacjentów. Maskę pokrywała cielistą emalią, uzupełniając ją brwiami, rzęsami, a nawet wąsami z naturalnych włosów. Niezwykłe protezy były mocowane do twarzy między innymi za pomocą okularów. Ladd nie miała zamiaru swoich „pacjentów” upiększać. Nie usuwała ich przedwojennych skaz, nie wygładzała niedoskonałości, nie obdarowywała ich rysami amantów kina. Ona po prostu chciała odwrócić dla nich czas. Nie była pierwsza ani jedyna. Maski, tyle że z metalu, tworzył też dla weteranów Brytyjczyk Francis Derwent Wood, który po wojnie miał zostać profesorem rzeźby w Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych. Ladd znała go i ceniła. Korespondowali. Dzięki talentowi i determinacji pomogli łącznie kilkuset okaleczonym żołnierzom. Zespół Gilliesa w ciągu kilku lat zoperował 11 tys. pacjentów.

Ilu przywrócił światu niemiecki Żyd Jacques Joseph? Zapewne nie mniej. Wszystko to było zaledwie kroplą w morzu potrzeb. Ale kropla ta obudziła w sercach weteranów nadzieję. Przyniosła im wiarę, że życie po Wielkiej Wojnie w ogóle jeszcze ma sens.

Dobro ze zła

Wszyscy mają na sobie mundury. Stoją bokiem, ale twarze zwracają ku obiektywowi. Poharatane nosy, przestawione szczęki, oczy przesłonięte przez fałdy opuchniętej skóry. Piętno wojny, po części zamaskowane wprawną ręką chirurgów. Oto Délégation des Mutilés – Delegacja Inwalidów. 28 czerwca 1919 roku weterani stawili się w Wersalu, by na własne oczy zobaczyć podpisanie traktatu, który kończył największą hekatombę w dziejach i miał na wieki zabezpieczyć świat przed kolejną. W milczeniu obserwowali, jak przedstawiciele kolejnych państw podchodzą do reprezentacyjnego stołu i sygnują dokument. Fitzharris napisała, że kiedy przyszła kolej na francuskiego premiera Georges'a Clemenceau, ten zatrzymał się w pół drogi i zwrócił się do żołnierzy: „Wiele wycierpieliście. Ale oto jest wasza nagroda”. Nikt z inwalidów nie odezwał się słowem. Żołnierze wiedzieli, że ich życie nigdy już nie będzie takie samo. A jednak w przyszłość mogli patrzeć z nadzieją. Także dzięki niezwykłej pracy chirurgów, pielęgniarek, artystów. Słowem – ludzi, którzy postanowili oddać im kawałek siebie. „Żadne zło nigdy nie spada na rodzaj ludzki, nie przynosząc mu jakiegokolwiek dobra” – pisał po latach chirurg Fred Albee, cytowany przez wspomnianą Fitzharris. A sama historyk konkludowała: „Owym dobrem były postępy medyczne, którym sprzyjała wojenna rzeź. Dawały one drugą szansę konkretnym osobom, ale były równie ważne dla ogółu ludzkości”. 


 

Bibliografia i źródła cytatów

Anna Coleman Ladd's Studio for Portrait Masks in Paris, YouTube.
A. Bamji, Faces from the Front. Harold Gillies, The Queen's Hospital, Sidcup and
the origins of modern plastic surgery, Warwick 2017.
S. Bhattacharya, Jacques Joseph: Father of modern aesthetic surgery, „Indian Journal
of Plastic Surgery” 2008, 41(Suppl), s. 43–48.
A. Chwalba, Samobójstwo Europy, Kraków 2014.
L. Fitzharris, Facemaker. Historia człowieka, który stworzył chirurgię plastyczną,
tłum. Ł. Müller, Kraków 2023.
Gillies Harold Delf, C.B.E. Dictionary of New Zealand Biography, www.teara.govt.nz
[dostęp 10.12.2023].
Jacques Joseph (1865–1934), www.plasticsurgerykey.com [dostęp 15.12.2023].
The facial prosthetics of World War I, YouTube.

Łukasz Zalesiński

autor zdjęć: Biblioteka Kongresu Stanów Zjednoczonych

dodaj komentarz

komentarze


Letnia Bryza na Morzu Czarnym
 
Terytorialsi w gotowości do pomocy
„Armia mistrzów” – sporty walki
Patrioty i F-16 dla Ukrainy. Trwa szczyt NATO
Spadochroniarze na warcie w UE
Na ratunek… komandos
„Armia mistrzów” – lekkoatletyka
Ustawa o obronie ojczyzny – pytania i odpowiedzi
„Oczko” wojskowych lekkoatletów
The Suwałki Gap in the Game
Krzyżacka klęska na polach grunwaldzkich
Pancerniacy trenują cywilów
Sukces lekkoatletów CWZS-u w Paryżu
Oczy na Kijów
„Operacja borelioza”
Kaczmarek z nowym rekordem Polski!
Z parlamentu do wojska
Wojskowa odprawa przed szczytem Sojuszu
Incydent przy granicy. MON chce specjalnego nadzoru nad śledztwem
Czujemy się tu jak w rodzinie
RBN przed szczytem NATO
Szczyt NATO: wzmacniamy wschodnią flankę
Szczyt NATO, czyli siła w Sojuszu
Włoskie Eurofightery na polskim niebie
Szczyt NATO w Waszyngtonie: Ukraina o krok bliżej Sojuszu
Rusza operacja „Bezpieczne Podlasie”
Włoski Centauro na paryskim salonie
Polsko-litewskie konsultacje
Bezpieczeństwo granicy jest również sprawą Sojuszu
Prezydent Warszawy: oddajmy hołd bohaterom!
Szpital u „Troski”
Za zdrowie utracone na służbie
Olimp gotowy na igrzyska!
Specjalsi zakończyli dyżur w SON-ie
Roczny dyżur spadochroniarzy
Prezydent Zełenski w Warszawie
Nie wierzę panu, mister Karski!
Walka – tak, ale tylko polityczna
Pancerny sznyt
„Armia mistrzów” – sporty wodne
Feniks – następca Mangusty?
Jaki będzie czołg przyszłości?
Ankona, czyli polska operacja we Włoszech
Zabezpieczenie techniczne 1 Pułku Czołgów w 1920
Lato pod wodą
Silniejsza obecność sojuszników z USA
Awaria systemów. Bezpieczeństwo Polski nie jest zagrożone
International Test
Polski Kontyngent Wojskowy Olimp w Paryżu
Jack-S, czyli eksportowy Pirat
Ustawa o obronie ojczyzny – pytania i odpowiedzi
Formoza. Za kulisami
Wracajcie z medalami!
Niepokonana reprezentacja Czarnej Dywizji
W hołdzie żołnierzom gen. Andersa
Jak usprawnić działania służb na granicy

Ministerstwo Obrony Narodowej Wojsko Polskie Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wojska Obrony
Terytorialnej
Żandarmeria Wojskowa Dowództwo Garnizonu Warszawa Inspektorat Wsparcia SZ Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Agencja Uzbrojenia

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO