Nagrania z myśliwców, świetliste obiekty nad Syrią, meldunki marynarzy i archiwa z czasów zimnej wojny – Pentagon rozpoczął publikację kolejnych akt dotyczących UFO. Choć dokumenty nie przynoszą dowodów na istnienie obcych, pokazują, że nowoczesne wojskowe systemy rejestrują zjawiska, których nie potrafią zidentyfikować. Skali tego problemu armia nie może już ignorować.
W listopadzie 2004 roku piloci amerykańskiej marynarki wojennej ćwiczyli nad Pacyfikiem, kilkaset kilometrów od wybrzeży Kalifornii. W pewnym momencie operatorzy radaru na krążowniku USS Princeton wykryli obiekt, który zachowywał się w sposób trudny do wyjaśnienia: gwałtownie zmieniał wysokość, wykonywał manewry przekraczające możliwości znanych maszyn i nie emitował sygnałów charakterystycznych dla samolotu czy pocisku. Gdy do przechwycenia skierowano myśliwce F/A-18 Super Hornet, jeden z pilotów opisał później obiekt jako biały, podłużny i przypominający kształtem… cukierek Tic Tac.
Obcy, ale inni…
Przez lata podobne historie funkcjonowały głównie na pograniczu wojskowych plotek, internetowych teorii i popkultury. Oficjalnie Pentagon unikał tematu lub traktował go z wyraźnym dystansem. Dziś sytuacja wygląda już inaczej. Departament Wojny USA rozpoczął publikację kolejnych partii odtajnionych materiałów dotyczących UAP (ang. Unidentified Anomalous Phenomena) – niezidentyfikowanych zjawisk anomalnych – dawniej określanych jako UFO (niezidentyfikowane obiekty latające). W ujawnionych archiwach znalazły się raporty pilotów, materiały radarowe, zdjęcia, nagrania wideo i dokumenty sięgające czasów zimnej wojny.
Obecna fala odtajniania dokumentów nie jest jednorazową akcją, lecz elementem procesu rozpoczętego kilka lat temu. Punktem zwrotnym okazały się opublikowane w 2017 roku przez „New York Times” informacje o tajnym programie AATIP (Advanced Aerospace Threat Identification Program), prowadzonym przez Pentagon jeszcze od czasów administracji George’a W. Busha. Wkrótce do opinii publicznej trafiły również krótkie nagrania wykonane przez pilotów marynarki wojennej – m.in. słynny już „Tic Tac”. Po raz pierwszy amerykańska administracja oficjalnie potwierdziła ich autentyczność.
Od tego momentu temat zaczął stopniowo wychodzić z politycznego i wojskowego cienia. W Kongresie odbyły się publiczne przesłuchania z udziałem wojskowych i urzędników wywiadu, a ówczesny Departament Obrony powołał specjalną komórkę analityczną AARO – All-domain Anomaly Resolution Office. Jej zadaniem stało się zbieranie i analizowanie raportów dotyczących niezidentyfikowanych obiektów obserwowanych w powietrzu, na morzu, w przestrzeni kosmicznej, a nawet pod wodą.
To właśnie AARO odpowiada dziś za tworzenie centralnego archiwum UAP. Pentagon publikuje tam kolejne dokumenty: raporty świadków, meldunki wojskowe, fotografie, materiały z sensorów pokładowych oraz historyczne analizy sięgające okresu zimnej wojny. W części przypadków chodzi o incydenty znane od lat, wcześniej jednak funkcjonujące w przestrzeni publicznej głównie w formie przecieków lub niepotwierdzonych relacji. Inne dokumenty po raz pierwszy ujrzały na światło dzienne.
Najbardziej charakterystyczne jest jednak to, czego w tych materiałach nie ma. Nie pojawiają się żadne jednoznaczne dowody na obecność technologii pozaziemskiej. W ogromnej większości przypadków raporty kończą się bardziej prozaicznie: „brak wystarczających danych”, „nie udało się ustalić charakteru obiektu” albo „prawdopodobne zjawisko naturalne”. Część incydentów udało się po latach wyjaśnić jako błędne interpretacje odczytów radarowych, efekt działania sensorów optycznych czy zaobserwowane balony i drony.
Paradoksalnie właśnie ta niejednoznaczność sprawia, że Pentagon traktuje temat poważnie. Dla wojskowych analityków problemem nie jest bowiem pytanie o „obcych”, lecz o to, dlaczego nowoczesne systemy obserwacji coraz częściej rejestrują obiekty, których nie można szybko i pewnie sklasyfikować. A w realiach współczesnej rywalizacji mocarstw każda taka luka oznacza potencjalne ryzyko dla bezpieczeństwa.
Co znalazło się w dokumentach?
Największe zainteresowanie wzbudzają oczywiście konkretne incydenty opisane w odtajnionych materiałach. Pentagon opublikował zarówno historyczne raporty z czasów zimnej wojny, jak i znacznie nowsze przypadki rejestrowane przez współczesne systemy wojskowe. Wśród nich regularnie powracają obserwacje pilotów marynarki wojennej i sił powietrznych USA, którzy meldowali spotkania z obiektami zachowującymi się w sposób trudny do wyjaśnienia.
Najbardziej znany pozostaje wspomniany już incydent „Tic Tac” z 2004 roku. Według relacji pilotów obiekt miał gwałtownie zmieniać wysokość i prędkość, nie wykazując przy tym cech charakterystycznych dla klasycznych statków powietrznych. W odtajnionych dokumentach pojawiają się także materiały związane z nagraniami zatytułowanymi „Gimbal” i „GoFast”, wykonanymi kilka lat później przez pilotów F/A-18. Szczególnie nagranie „Gimbal”, pokazujące obiekt obracający się w locie, stało się jedną z ikon współczesnej debaty o UAP.
W archiwach znalazły się również raporty dotyczące obserwacji nad Bliskim Wschodem, w tym nad Syrią, gdzie amerykańskie siły prowadziły operacje przeciwko tzw. Państwu Islamskiemu. Część meldunków opisuje niewielkie obiekty lub świetliste kule pojawiające się w pobliżu wojskowych tras lotniczych i baz. W innych przypadkach chodziło o zjawiska rejestrowane przez radary okrętów operujących na Pacyfiku i Atlantyku.
Sporo emocji budzą także materiały historyczne. W odtajnionych aktach znajdują się relacje pilotów cywilnych i wojskowych z lat czterdziestych i pięćdziesiątych, meldunki FBI oraz dokumenty związane z programem „Project Blue Book” – prowadzonym przez amerykańskie siły powietrzne oficjalnym projektem badania UFO. Pojawiają się nawet odniesienia do obserwacji zgłaszanych przez astronautów programu Apollo, choć większość takich przypadków z czasem znajdowała bardziej przyziemne wyjaśnienia.
Jednocześnie charakterystyczne jest to, że ogromna część dokumentów pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi. W wielu raportach brakuje pełnych danych telemetrycznych, jakość nagrań jest słaba, a relacje świadków bywają sprzeczne. Pentagon podkreśla więc, że samo zakwalifikowanie incydentu jako „niewyjaśnionego” nie oznacza automatycznie istnienia technologii pozaziemskiej. Najczęściej oznacza jedynie, że dostępne informacje nie pozwalają na definitywne ustalenie, z czym rzeczywiście mieli do czynienia operatorzy i piloci.
Przez dziesięciolecia temat UFO był dla amerykańskich sił zbrojnych kłopotliwy. Kojarzył się raczej z tabloidami, teoriami spiskowymi i popkulturą niż z poważną analizą wojskową. Piloci, którzy zgłaszali nietypowe obserwacje, często obawiali się ośmieszenia lub problemów zawodowych. W praktyce oznaczało to, że wiele incydentów po prostu nie trafiało do oficjalnych raportów.
Dlatego Pentagon zaczął stopniowo odchodzić od samego terminu UFO, na rzecz UAP – niezidentyfikowanych zjawisk anomalnych. Zmiana nie była wyłącznie kosmetyczna. Nowe określenie miało odciąć temat od kulturowych skojarzeń i nadać mu bardziej techniczny, operacyjny charakter. Innymi słowy: chodziło o to, by wojskowi zaczęli traktować podobne incydenty jak każdy inny problem związany z bezpieczeństwem przestrzeni operacyjnej.
To zresztą dobrze pokazuje, jak bardzo zmieniło się współczesne środowisko walki. Jeszcze kilkanaście lat temu większość armii koncentrowała się przede wszystkim na klasycznych zagrożeniach: samolotach, rakietach czy okrętach przeciwnika. Dziś przestrzeń powietrzna jest znacznie bardziej zatłoczona i trudniejsza do monitorowania. Pojawiły się tanie drony, systemy autonomiczne, miniaturowe platformy rozpoznawcze oraz coraz bardziej zaawansowane środki walki elektronicznej.
W takich warunkach nawet pozornie absurdalne zgłoszenie może wymagać dokładnej analizy. Obiekt obserwowany przez pilotów myśliwców albo rejestrowany przez radary okrętu wojennego może okazać się błędem sensora, efektem zakłóceń elektronicznych, eksperymentalnym dronem, platformą rozpoznawczą przeciwnika albo po prostu zjawiskiem atmosferycznym źle zinterpretowanym przez operatora.
Wojsko nie może jednak zakładać tego z góry. Szczególnie że część najbardziej znanych incydentów miała miejsce w pobliżu strategicznych instalacji wojskowych i grup lotniskowcowych. W ostatnich latach amerykańskie media wielokrotnie opisywały przypadki niezidentyfikowanych dronów pojawiających się nad bazami USA czy obiektami infrastruktury krytycznej. Granica między „dziwnym zjawiskiem” a realnym incydentem kontrwywiadowczym zaczęła się zacierać.
W pewnym sensie Pentagon padł ofiarą własnej technologicznej przewagi. Współczesne siły zbrojne dysponują bowiem niespotykaną wcześniej liczbą sensorów: radarami nowej generacji, systemami optoelektronicznymi, kamerami termowizyjnymi, satelitami, urządzeniami SIGINT i sieciami wymiany danych działającymi niemal w czasie rzeczywistym. Wojsko widzi więcej niż kiedykolwiek wcześniej – ale właśnie dlatego częściej natrafia także na rzeczy trudne do jednoznacznego sklasyfikowania.
To zresztą jeden z najciekawszych wniosków płynących z odtajnionych dokumentów. W wielu przypadkach problemem nie jest brak obserwacji, lecz przeciwnie – nadmiar fragmentarycznych danych. Radar pokazuje obiekt, ale kamera termiczna nie potwierdza odczytu. Pilot widzi nietypowy manewr, lecz zapis z sensora okazuje się zbyt niewyraźny. System rejestruje coś przez kilka sekund, po czym ślad znika. W efekcie analitycy otrzymują serię niepełnych informacji, które trudno złożyć w jedną spójną całość.
Reasumując, Pentagon nie boi się tak „obcych”, jak własnej niewiedzy. To wniosek, który przebija się z lektury ujawnionych akt.
autor zdjęć: KENT NISHIMUR/ AAFP/ East News

komentarze