moja polska zbrojna
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje w Polsce Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych, zwane także RODO).

W związku z powyższym przygotowaliśmy dla Państwa informacje dotyczące przetwarzania przez Wojskowy Instytut Wydawniczy Państwa danych osobowych. Prosimy o zapoznanie się z nimi: Polityka przetwarzania danych.

Prosimy o zaakceptowanie warunków przetwarzania danych osobowych przez Wojskowych Instytut Wydawniczy – Akceptuję

 
Czas komandosów

Gdy podejmujemy temat filmów o polskich komandosach czy żołnierzach rzuconych do straceńczej misji, tu przywołałbym Niezłomnych, to wzorcowym dla mnie dziełem jest seria o Johnie Rambo. Mogę sobie wyobrazić remake Rambo w polskich realiach lat 40., gdy komandos z AK wraca do miasteczka opanowanego przez NKWD i SB – mówi prof. Piotr Kletowski w rozmowie z Piotrem Korczyńskim.

Panie Profesorze, zacznijmy od arcydzieł: Czas apokalipsy, Łowca jeleni i Rambo: Pierwsza krew łączy jedna rzecz. Mianowicie zarówno pułkownik Walter E. Kurtz, sierżant Michael „Mike” Vronsky, jak i John Rambo to żołnierze US Army Special Forces – słynnej jednostki specjalnej armii amerykańskiej zwanej powszechnie Zielonymi Beretami. Kojarzona jest ona przede wszystkim z wojną w Wietnamie i o niej bardziej lub pośrednio traktują wymienione filmy. Czy zgodzi się Pan ze zdaniem, że gdyby Kurtz, jego antagonista – kapitan Willard, Vronsky czy Rambo byli żołnierzami innej formacji, to filmy z ich udziałem też byłyby inne?

Profesor Piotr Kletowski: Zdecydowanie. Wyjdźmy od tego, że postać komandosa sama w sobie jest już dla kina atrakcyjna – specjals, superżołnierz wysłany na niebezpieczną czy zgoła samobójczą misję, którą w pojedynkę musi wykonać. To się wpisuje w jeden z najstarszych i najmocniejszych archetypów świata mitycznego, czyli w archetyp bohaterski – heroiczny. Gdybyśmy sięgnęli po Bohatera o tysiącu twarzy Josepha Campbella lub inne jego książki, to sednem jego systemu antropologicznego mitu są właśnie opowieści o herosie: wojowniku, który musi wykonać – jak komandos – zadanie. W micie to było przede wszystkim zabicie smoka czy innej bestii. Natomiast współczesny Herkules czy Gilgamesz to jest między innymi John Rambo, który musi w dżungli znaleźć więzionych przez Wietnamczyków amerykańskich żołnierzy.

REKLAMA

Jednocześnie – jak podkreśla Campbell – bohater heroiczny jest bohaterem tragicznym. Herosi nigdy nie byli w pełni bogami, co w mitach zawsze jest artykułowane, lecz zmagały się w nich pierwiastki ludzki i boski. Im większy bohater, tym większa skaza. Zwrócił mi na to uwagę profesor Grzegorz Królikiewicz, kiedy rozmawialiśmy o jego cyklu filmów dokumentalnych o Żołnierzach Wyklętych, a zwłaszcza o tym poświęconym Józefowi Kurasiowi „Ogniowi” – A potem nazwali go bandytą. Na pytanie o kontrowersyjność tej postaci profesor Królikiewicz odpowiedział, że mit wtedy nabiera wiarygodności, kiedy ma swą ciemną stronę, skazę, przetrącenie. I to przetrącenie czyni herosa z jednej strony bardziej ludzkim, z drugiej – podkreśla jego bohaterstwo, zmaganie się z sobą…

Tak „przetrąceni” są zarówno kapitan Willard, jak i pułkownik Kurtz w Czasie apokalipsy. Niektórzy filmoznawcy wręcz podkreślają, że Kurtz jest wytworem wyobraźni Willarda – tą właśnie wojenną ciemną stroną jego jaźni.

Jest nawet taki plakat, gdzie połowa twarzy Martina Sheena, czyli Willarda, łączy się z połową twarzy Marlona Brando grającego Kurtza. Tu warto wspomnieć, że początkowo Francis Ford Coppola planował, że w Willarda wcieli się Harvey Keitel. Okazało się jednak, że Keitel nie zestraja się z Brando, ponieważ w jego kreacji Willard był postacią równie mroczną co Kurtz. A Coppoli chodziło o to, żeby Willard był przeciwieństwem pułkownika-renegata, czyli człowiekiem, który mimo że jest świetnie wyszkolonym komandosem, zmaga się wciąż z tym, że musi zabijać podczas wojny, kiedy Kurtz raczej tych oporów nie ma. Kurtz zapomniał, albo lepiej będzie powiedzieć – uwierzył, że dzięki swemu wyszkoleniu stał się bogiem, czyli w pewnym sensie sprzeniewierzył się mitowi herosa. Mówiąc inaczej, pułkownikowi wydaje się, że jest bogiem, bo jest na wojnie i ta wojna zawiesza prawa, tworzy moralną pustkę, którą Kurtz wypełnia swoją omnipotencją.

Komandos z Czasu apokalipsy rozdwojony na postać Willarda i postać Kurtza jest odpowiednikiem mitycznego herosa – prawie równego bogom, lecz wciąż pozostającego człowiekiem, co czyni go postacią tragiczną, a przez to niezwykle interesującą.

Jest też nosicielem wojny, która tak go naznacza, że nie potrafi odnaleźć się w normalnym świecie po jej zakończeniu – jak John Rambo czy „Mike” Vronsky. Zresztą w Łowcy jeleni jest bardzo charakterystyczna scena, kiedy do baru podczas przyjęcia weselnego wchodzi Zielony Beret i szokuje chłopaków, którzy właśnie zaciągnęli się do tej formacji, brutalnym stwierdzeniem: „Pie…ć Wietnam!”. To według mnie mocniejsza scena od słynnej gry w rosyjską ruletkę…

Tak, ten żołnierz na przepustce zupełnie zepsuł im zabawę i to, co im chciał przekazać, zrozumieli dopiero wtedy, kiedy sami, jako komandosi Zielonych Beretów, znaleźli się w wietnamskim piekle. Takim najsłynniejszym „nosicielem wojny” i zarazem najsłynniejszym Zielonym Beretem w kinie jest oczywiście John Rambo grany przez Sylvestra Stallone. Na czym polega istota filmów o Johnie Rambo? Otóż Rambo żyje tylko wtedy, kiedy walczy. To bardzo wymownie pokazuje początkowa scena w Rambo III. Nawiasem mówiąc, moja ulubiona część, która ma rys wielkiej przygody klasycznego kina hollywoodzkiego. W scenie tej widzimy Rambo reperującego dach buddyjskiego klasztoru i w tym momencie otrzymuje on propozycję wyruszenia do Afganistanu. Mówiąc kolokwialnie, zapalają mu się oczy i już wiemy, że to tylko kwestia czasu, by tam się znalazł. Proszę zwrócić uwagę, co Rambo robi, kiedy mieszka w klasztorze. Przecież on walczy, pojedynkuje się na kije i w ten sposób zbiera datki na remont świątyni. Żywiołem tego komandosa jest więc walka, co pięknie podkreśla slogan reklamowy Rambo II: „To, co dla innych jest piekłem, dla niego jest domem”.

Dla Rambo koniec wojny jest katastrofą.

Oczywiście. Przecież w pierwszej części przenosi wojnę w Wietnamie na amerykańską prowincję. Postać Johna Rambo także jest dwuznaczna. Z jednej strony jest ofiarą wojny i jego konflikt z szeryfem to usprawiedliwia, ale z drugiej strony podskórnie czujemy, że on tego konfliktu pragnie, czeka tylko okazji, by się zacząć bić, i go prowokuje, choćby przez to, że uparcie wraca do miasteczka, z którego szeryf go wywozi, oskarżając o włóczęgostwo. To oczywiście miało głębszy sens, bo oznaczało, że zapominanie o wojnie i weteranach w Wietnamie nie może Amerykanom ujść płazem i prowadzi do nieszczęścia.

Jak wiadomo, filmy o Rambo – zwłaszcza Rambo II – stały się ikonicznymi dla prezydentury Ronalda Reagana, który nazwał Rambo wzorem amerykańskiego żołnierza i ta ikona – ku utrapieniu władz komunistycznych – zdobyła sympatię i wielką popularność również za żelazną kurtyną. Wymownym tego przykładem jest wypowiedź Franciszka Starowieyskiego. Kiedy tego wielkiego malarza zapytano, jakie filmy ceni, to ten stwierdził, że właściwie kina nie ogląda, prócz Buñuela i filmów z… Johnem Rambo, zwłaszcza drugą część. Uzasadnił to zdumionemu rozmówcy tym, że w Rambo pierwszy raz zobaczył, jak Sowieci dostają baty od amerykańskiego komandosa, a on jako dziecko przeżył 17 września 1939 roku… Tu też trzeba podkreślić, że Sylvester Stallone, przygotowując się do Rambo II, pojechał do Fortu Bragg – słynnej bazy Zielonych Beretów – i po spotkaniach z komandosami zaczerpnął do filmu wiele autentycznych doświadczeń z walk na tyłach przeciwnika.

Sukces tego filmu spowodował, że zaczęły powstawać kolejne opowieści o komandosach wyruszających z misją ratowania jeńców amerykańskich przetrzymywanych w obozach po wojnie wietnamskiej. Takim bohaterem jest chociażby grany przez Chucka Norrisa pułkownik James Braddock z Zaginionego w akcji czy Gene Hackman w roli pułkownika Cala Rhodesa z Niespotykanego męstwa. Mało kto o tym wie, ale ludzie filmu nie tylko kręcili filmy o ratowaniu amerykańskich żołnierzy z niewoli, ale dzięki nim przeprowadzono taką akcję w rzeczywistości. Mowa o Clincie Eastwoodzie i Williamie Shatnerze, którzy sfinansowali wyprawę do dżungli wietnamskiej. Misja została utajniona, więc do końca nie wiadomo, czy kogoś tam znaleziono. Ponoć zdobyto niezbite dowody istnienia obozów jenieckich, odkrywszy ich ślady.

Oddziały commando jako pierwsi powołali Brytyjczycy po tym, jak ich Korpus Ekspedycyjny, porzuciwszy ciężką broń, ewakuował się latem 1940 roku z Dunkierki. Odtąd wyczyny brytyjskich komandosów, a następnie ich odpowiedników w innych armiach zaczęły fascynować filmowców, co nie może dziwić, zważywszy, że ich akcje gwarantowały prawie zawsze ciekawe filmowe widowisko. Czy jest możliwe uchwycenie pierwszych filmów fabularnych, których bohaterami byli komandosi?

Przywołując filmy o Zielonych Beretach, należy obowiązkowo wymienić pierwszy film o tej formacji – Zielone Berety (1968) z Johnem Wayne’em jako pułkownikiem Mikiem Kirbym – od tego obrazu zaczęła się filmowa kariera tej formacji, a pułkownik Kirby jest protoplastą wspomnianych wyżej komandosów, jak Rambo czy Braddock. Idąc jeszcze dalej wstecz, to między innymi w 1943 roku Fritz Lang nakręcił Kaci także umierają o zamachu na protektora Czech i Moraw Reinharda Heydricha, czyli w rok po tej akcji mamy już o niej film. Jednak wyraźne początki filmów o komandosach i ich akcjach specjalnych to lata pięćdziesiąte ubiegłego wieku. Wtedy to filmowcy sięgnęli po relacje i wspomnienia brytyjskich komandosów i amerykańskich rangersów. Dobrym tego przykładem jest choćby Most na rzece Kwai Davida Leana z 1957 roku. Przecież w tym niekwestionowanym arcydziele kina wojennego mamy pokazane zderzenie dwóch mentalności wojskowych: granego przez Aleca Guinnessa pułkownika Nicholsona – oficera starej daty, przywiązującego wagę do kodeksu oficerskiego i regulaminu, oraz kreowanego przez Williama Holdena komandora Shearsa – komandosa właśnie, dla którego nie regulaminy wojskowe są najistotniejsze, lecz wypełnienie misji, czyli zniszczenie tytułowego mostu.

Kolejne dekady – lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte – to prawdziwy wysyp filmów o komandosach. Właściwie wypadałoby już mówić o podgatunku kina wojennego. Tu można sporządzić naprawdę długą listę filmów, ale wymieńmy chociażby kilka, jak Działa Navarony i późniejsze Komandosi z Navarony, Tylko dla orłów, Orzeł wylądował – opowiadające o komandosach z drugiej strony, czyli niemieckich specjalsach otrzymujących zadanie zlikwidowania Churchilla, i Parszywa dwunastka. Przy tym filmie warto zatrzymać się na dłużej, bo Robert Aldrich w historii tytułowego oddziału komandosów pokazał nie tylko bohaterstwo, ale i dwuznaczność moralną działań specjalnych. Wszak podwładni majora Johna Reismana – niezapomniana kreacja Lee Marvina – to pospolici bandyci zmienieni w komandosów. Ich przestępcze, by nie powiedzieć – mordercze skłonności powodują, że bez wahania zdolni są do wymordowania z zimną krwią niemieckich oficerów – bo tak trzeba nazwać tę egzekucję przy pomocy granatów wrzuconych do piwnicy zamku, gdzie wcześniej komandosi spędzili swoich jeńców. Tu mamy pokazaną tę cienką czerwoną linię wojny – jej bohaterstwa i nikczemności – by się odwołać do tytułu głośnej powieści wojennej Jamesa Jonesa. Bez Parszywej dwunastki nie byłoby też takich filmów jak choćby Bękarty wojny, w którym Quentin Tarantino czerpie pełnymi garściami z arcydzieła Aldricha.

Mamy więc kolejny przykład pomieszania heroizmu z tragizmem i nie możemy tu nie wspomnieć jeszcze jednej ikony komandosa, który nosi wojnę w sobie – marines Travisa Bickle ’a z Taksówkarza Martina Scorsese.

W tym znakomicie zagranym przez Roberta De Niro weteranie wojny wietnamskiej, który cierpi na bezsenność w Nowym Jorku, znowu mamy uchwycony paradoks. Nawet jeśli Bickle jest uzależnionym od przemocy psychopatą, który przenosi na grunt miejskiej dżungli metody walki z dżungli wietnamskiej, to jednocześnie jest bohaterem. Jak pamiętamy, zabija stręczycieli nieletniej dziewczyny.

Wartość Taksówkarza przede wszystkim polega na jego niejednoznaczności. Z jednej strony można go traktować jako studium psychopatii, ale z drugiej strony widzimy, że ze stanu letargu, depresji i zapadania się w sobie wyrywa Travisa jego wojskowe doświadczenie. W pewnym momencie przypomina sobie po prostu wojskowy dryl. Wyrzuca tabletki nasenne, przestaje oglądać telewizję – oczyszcza umysł i zaczyna ćwiczyć kondycję. Można stwierdzić, że odzyskuje samoświadomość komandosa.

I kupuje broń.

Tak, to już jest końcowy akt odbudowy zdezintegrowanej osobowości Travisa. On przypomina sobie, że jest wojownikiem, i ten fakt pozwala mu nie tylko skutecznie rozprawić się z alfonsami nieletniej prostytutki, ale zapanować nad sobą i zostać bohaterem, o czym świadczą list wdzięcznych rodziców Iris i nagłówki w nowojorskiej prasie. Zwróćmy też uwagę na zawód wykonywany przez Travisa – taksówkarz. To nie tylko wynika z tego, że cierpi na bezsenność i bierze wszystkie nocne kursy po zakazanych dzielnicach miasta, lecz także z podświadomego pragnienia służenia ludziom. A więc jego powołaniem jest służba. Oczywiście istnieje też inna interpretacja tego filmu, która głosi, że od pewnego momentu – dokładnie od rozstania z dziewczyną – wszystko, co widzimy na ekranie, jest rojeniem Travisa, nie przeczy to jednak temu, że ten weteran instynktownie poszukuje oparcia w doświadczeniach z wojska.

Czy zgodzi się Pan z twierdzeniem, że Scorsese w tworzeniu postaci Travisa oparł się na wizerunku Maćka Chełmickiego z Popiołu i diamentu Andrzeja Wajdy?

Ależ oczywiście. Scorsese wielokrotnie to podkreślał, że arcydzieło Wajdy było dla niego wzorem. Wystarczy zwrócić uwagę chociażby na kurtkę wojskową Bickle’a – taką samą ma Maciek, czy okulary przeciwsłoneczne. Sceny z bronią, kiedy Travis rozkłada pistolet – podobną mamy z Maćkiem w hotelowym pokoju. Zresztą tragizm i romantyzm Maćka Chełmickiego w niezapomnianej kreacji Zbigniewa Cybulskiego zachwycił wielu innych reżyserów. Między innymi do inspiracji Popiołem i diamentem przyznaje się Francis Ford Coppola, wspomniany przez nas wyżej twórca Czasu apokalipsy. Ostatnio w jednym z wywiadów na pytanie, jaki film ze wszystkich oglądanych wywarł na nim największe wrażenie, odpowiedział, że Popiół i diament.

Arcydzieło Wajdy to wciąż jeden z nielicznych przykładów filmów, które nie tylko zostały zapamiętane przez większe grono publiczności, ale inspirowały filmowców na całym świecie. Historie o naszych komandosach wciąż czekają na odkrycie w kinie…

To prawda i w tym miejscu przypomniałbym jeszcze O jeden most za daleko Richarda Attenborough z 1977 roku, z niezapomnianą rolą Gene’a Hackmana jako generała Stanisława Sosabowskiego. To jeden z nielicznych filmów zachodnich, w którym w należytej proporcji pokazano udział polskich żołnierzy w walce po stronie aliantów – tu konkretnie polskich spadochroniarzy w operacji „Market-Garden”. Generał Sosabowski jest ukazany – zgodnie z prawdą – jako jeden z nielicznych oficerów, który nie bał się wprost powiedzieć, co myśli o planie marszałka Montgomery’ego, a mimo to wraz ze swymi żołnierzami dzielnie walczył w bitwie, której nie można było wygrać.

Jeśli mówimy o filmach o polskich komandosach czy żołnierzach rzuconych do straceńczej misji i w tym miejscu przywołałbym naszych Niezłomnych, to wzorcowym dla mnie dziełem jest seria o Johnie Rambo. Jestem sobie w stanie wyobrazić remake Rambo w polskich realiach lat czterdziestych, kiedy to komandos z Armii Krajowej wraca do miasteczka opanowanego przez funkcjonariuszy NKWD i Służby Bezpieczeństwa…

Rozmawiał: Piotr Korczyński

autor zdjęć: Grafika: Piotr Korczyński, arch. własne Piotra Kletowskiego

dodaj komentarz

komentarze


Desant w Forcie Bragg
 
Terytorialsi szkolą się pod okiem byłych specjalsów
Leopardy 2 dla Ukrainy?
Zachód o wsparciu dla Kijowa
Nie zmarnować szansy
Z Radomia do Las Vegas
Snowboardziści otworzyli medalową passę
Strzelcy na podium Pucharu Świata i zawodów Grand Prix
Przetarcie przed manewrami
Nowa strzelnica w Piastowie
Upominki dla tureckich dzieci
Dłuższa służba się opłaci
Triumf snowboardzisty w Pucharze Świata
Więcej pieniędzy za długoletnią służbę
Polacy pełnią dyżur w UE
Siły Zbrojne Republiki Serbii
Walczymy z imperium zła
Modernizacyjne priorytety wojska
Powstanie styczniowe: czas nadziei, czas klęski
Wojskowa rodzina w hali sportowej
SAROV w opcji
Dwie dekady WIM-u
Gen. Pszczoła: Czuję się spełniony
Góral wart miliony, czyli specjaliści od koronkowej roboty
Ustawa o obronie ojczyzny – pytania i odpowiedzi
Zwiad na bieszczadzkich szlakach
Bundeswehra relokuje żołnierzy do Polski
Orlik w natowskiej misji
Libańscy żołnierze trenują pod okiem Polaków
Jakie są zasady nauki żołnierzy?
Patrioty dla Ukrainy to również bezpieczeństwo Polski
Potęgi militarne według Global Firepower
The Fall of the Superpower Myth
Ochotnicy do warszawskiej brygady
Otwarte bramy Auschwitz
Tons on Board
Niemieckie wyrzutnie Patriot w drodze do Polski
Abramsy jadą do Ukrainy!
W hołdzie powstańcom styczniowym
F-35 rozpoczynają Air Policing
Precjoza z Funduszu Obrony Narodowej przekazane do muzeum
Droga do mistrzostwa
Jakie zmiany w edukacji dla bezpieczeństwa?
Nie poddaliśmy się uciemiężeniu
Aby wzmocnić wschodnią flankę NATO
Żołnierz wśród najlepszych sportowców Polski
Pamięć o powstańcach styczniowych
Chwała bohaterom!
Nowe specjalności dla czołgistów
Ukraina czeka na czołgi
Nurkowali w Kopalni Soli w Wieliczce
Armia Czerwona niesie śmierć
Ochotnicy rozpoczynają służbę
Bicz Boży dla zgrai moskiewskiej
Śladem profesjonalistów
Leopardy pojadą do Ukrainy!
Bieszczadzki zwiad
Jak Chmielnicki cara widział
To był wielki cios dla polskiej armii
Dodatek już nie za klasę

Ministerstwo Obrony Narodowej Wojsko Polskie Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wojska Obrony
Terytorialnej
Żandarmeria Wojskowa Dowództwo Garnizonu Warszawa Inspektorat Wsparcia SZ Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Agencja Uzbrojenia

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO