moja polska zbrojna
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje w Polsce Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych, zwane także RODO).

W związku z powyższym przygotowaliśmy dla Państwa informacje dotyczące przetwarzania przez Wojskowy Instytut Wydawniczy Państwa danych osobowych. Prosimy o zapoznanie się z nimi: Polityka przetwarzania danych.

Prosimy o zaakceptowanie warunków przetwarzania danych osobowych przez Wojskowych Instytut Wydawniczy – Akceptuję

Syndrom Karbali

Walki, w których polscy żołnierze brali udział podczas II zmiany PKW w Iraku w 2004 roku, uznawane są za największe bitwy, jakie nasze wojsko stoczyło po II wojnie światowej. Symbolem ich bohaterstwa stała się obrona ratusza w irackiej Karbali. Jednak zdaniem wielu uczestników tamtych wydarzeń równie niebezpieczne było dla nich późniejsze tzw. czyszczenie miasta.

Dowódca obrony ratusza w Karbali, kpt. Grzegorz Kaliciak. Fot. archiwum uczestników PKW Irak

Walki Polaków podczas II zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Iraku w 2004 roku wciąż nie zostały należycie zbadane i opisane przez znawców wojskowości. Ukazało się co prawda wiele publikacji medialnych im poświęconych, kilka książek, a nawet powstał film fabularny, ale wszystko było oparte wyłącznie na wspomnieniach uczestników tamtych wydarzeń. Jak to w takich sytuacjach bywa, każdy walczący widział coś innego i wyciągał inne wyciągał wnioski. Niestety, dotychczas żaden historyk gruntownie nie przekopał wojskowych archiwów, aby dotrzeć do sporządzanych wówczas na bieżąco meldunków, raportów czy nagrań korespondencji radiowej.

Wgląd w wiele archiwaliów będzie zresztą niemożliwy. Dlaczego? Jak się nieoficjalnie dowiedziałem, wiele sztabowych dokumentów na temat działań zbrojnych podczas trwania II zmiany PKW zgromadzonych było w polskiej bazie Juliet na obrzeżach Karbali – siedzibie dowództwa 1 Brygadowej Grupy Bojowej. Pod koniec II zmiany baza została ostrzelana, a w pomieszczeniu, gdzie złożone były dokumenty, wybuchł pożar. Wśród misjonarzy krąży opowieść, że pożar akurat w tym miejscu wybuchł nieprzypadkowo. Wiązano go nie tylko z decyzjami podejmowanymi podczas walk w Karbali, lecz także z tzw. aferą bakszyszową, która w PKW wybuchła kilka miesięcy później.

REKLAMA

Mam satysfakcję, że jako pierwszy odkryłem dla świata to, co wiosną 2004 roku działo się w Karbali. Nie jest prawdą, że jako pierwsi walki te opisali dziennikarze „Gazety Wyborczej”. Ich materiał ukazał się dopiero cztery lata po wydarzeniach. Mój materiał prasowy o bojach w Karbali i obronie tamtejszego ratusza został opublikowany w dwutygodniku „Wojska Lądowe” tuż po powrocie uczestników II zmiany do kraju, kilka dni po oficjalnym powitaniu żołnierzy 2 Batalionowej Grupy Bojowej na rynku w Międzyrzeczu.

Po kilku miesiącach na łamach wojskowego dwutygodnika ukazały się kolejne moje teksty na ten temat. Nie było mi łatwo przekonać wówczas szefostwo redakcji, że powinniśmy pisać o bohaterstwie naszych misjonarzy. Udało się jednak, tyle że z konieczności moi rozmówcy – bohaterowie publikacji – pozostawali w tych tekstach anonimowi lub występowali pod zmienionymi nazwiskami.

Ewakuowanie rannych z Camp Lima. Fot. Robert Siemaszko

Pierwszy materiał o walkach w Karbali na łamach prasy cywilnej został opublikowany dopiero w 2008 roku, a więc cztery lata po wydarzeniach. Autorów do napisania tego tekstu zainspirował gen. Waldemar Skrzypczak. Uznał on, że utrzymywanie wydarzeń w tajemnicy jest bezsensowne, a prawda o bohaterstwie naszych żołnierzy powinna zostać w końcu ujawniona.

Kierunek Irak

Polscy żołnierze przybyli do Iraku w czerwcu 2003 roku. Wielonarodowa dywizja pod polskim dowództwem przyjęła wówczas odpowiedzialność za Sektor Centralno-Południowy tego kraju i znajdujące się na tym terenie prowincje. Zgodnie z rezolucją Rady Bezpieczeństwa ONZ misja miała mieć charakter stabilizacyjny.

Zwiedzione przymiotnikiem „stabilizacyjna” oraz nadzieją wielkich kontraktów przy późniejszej odbudowie Iraku władze kraju zdecydowały o stworzeniu w 2003 roku największego w historii polskich misji kontyngentu wojskowego liczącego około 2,5 tys. żołnierzy. Zmianę I formowano na bazie szczecińskiej 12 Dywizji Zmechanizowanej, II – formowała 11 Dywizja Kawalerii Pancernej.

Wydarzenia z przełomu 2003 i 2004 roku szybko obnażyły słabości polskiego kontyngentu. Polscy żołnierze dysponowali marnym wyposażeniem i uzbrojeniem niedostosowanym do warunków wojennych. Do historii przeszły polskie nieopancerzone osobowo-terenowe Honkery, które wojskowi na miejscu opancerzali blachami znalezionymi na złomowiskach czy kamizelkami kuloodpornymi. Wozy te nie miały nawet obrotnic dla karabinów maszynowych. Możliwości naszych żołnierzy krępował również status misji. Wpisany w nią przymiotnik „stabilizacyjna” zmuszał ich tylko do działań obronnych, bez możliwości prowadzenia działań wyprzedzających.

Dziwny był też skład kontyngentu. Do misji nie delegowano zwartych, zgranych pododdziałów, lecz tworzono je z ludzi, którzy zgłosili swój akces. 2 Batalionową Grupą Bojową, która w połowie lutego 2004 roku w składzie II zmiany PKW znalazła się w Iraku, a która wsławiła się w walkach w Karbali, dowodził wówczas major Tomasz Domański. Jak wspominał po powrocie z misji, grupę kompletowano bardzo długo. Jeszcze miesiąc przed wylotem dołączano do tego zespołu ostatnich żołnierzy. Nie było więc wiele czasu na zgrywanie pododdziału w kraju. Między innymi dlatego grupa formowana przez 17 Brygadę Zmechanizowaną była ewenementem. Składała się z żołnierzy reprezentujących aż 69 różnych jednostek wojskowych ze wszystkich rodzajów sił zbrojnych. Był to miks przeróżnych specjalistów wojskowych: od kucharzy po żołnierzy batalionu reprezentacyjnego.

Główne siły grupy bojowej PKW Irak walczącej w Karbali stacjonowały w Camp Lima, 10 km od miasta. Na zdjęciu widok bazy po przybyciu amerykańskiego wsparcia. Fot. Robert Siemaszko

Skąd taka różnorodność? Już w czasie trwania I zmiany okazało się, że misja w Iraku ma niewiele wspólnego z działaniami stabilizacyjnymi, pojawił się więc problem ze znalezieniem dobrej obsady etatowej. Wysyłani byli więc wszyscy ci, którzy się zgłosili. Pamiętajmy, że armia nie była wówczas w pełni zawodowa. Na misję jechało wielu żołnierzy, którzy niedługo przed jej rozpoczęciem uzyskali status żołnierzy nadterminowych.

Początkowo w strefie odpowiedzialności dywizji pod polskim dowództwem było względnie spokojnie. Niepokoje wśród miejscowej ludności i przywódców duchowych udawało się opanowywać za pomocą mediacji. Jednak pod koniec 2003 roku żołnierze wojsk koalicji w całym Iraku coraz częściej stawali się celem ataków ugrupowań rebelianckich.

Kojoty na drogach

Uczestnicy II zmiany polskiego kontyngentu znaleźli się w Iraku w pierwszych miesiącach 2004 roku. Wkrótce potem rozpoczęło się tam powstanie wzniecone przez duchowego przywódcę Muktadę as-Sadra. Rebelianci z tzw. Armii Mahdiego zaciekle atakowali wojska koalicji w wielu miastach Iraku, swoją agresję kierowali także przeciwko sunnitom, czyli wyznawcom innego odłamu islamu.

Major Domański znalazł się w Iraku ze swoimi ludźmi w styczniu 2004 roku. Między wojskami koalicji a rebeliantami dochodziło wówczas nawet do 70 kontaktów ogniowych. Główne siły grupy (jedna kompania bojowa i komponenty wsparcia, około 220 ludzi) stacjonowały w Camp Lima, 10 km od Karbali. Wielu żołnierzy nie wiedziało wówczas, że do Karbali, w której zmarł wnuk Mahometa, Husajn ibn Ali, zmierza ponad milion jego wyznawców.

Na głównych drogach przed Karbalą polscy żołnierze zorganizowali trzy posterunki kontrolne, tzw. kojoty. Sprawdzali tam, czy przybywający na święto wierni nie przemycają broni. Już pierwszego dnia po ustawieniu kojotów na jeden z polskich checkpointów wjechał rozpędzony autobus. Na szczęście nie był wyładowany materiałem wybuchowym. Taranując kilka pojazdów, poważnie ranił jednak naszego żołnierza. Wywiązała się strzelanina.

Nadciągają ciężkie dni

Tymczasem wywiad donosił, że Muktada as-Sadr formuje nowe bojówki. Wojska koalicji zostały postawione w stan pełnej gotowości. Kapitan (obecnie generał rezerwy) Grzegorz Kaliciak – dowódca kompanii rozpoznawczej, tzw. Foxów, otrzymał polecenie, aby zebrać z posterunków drogowych wszystkich naszych żołnierzy. Robiło się zbyt niebezpiecznie. – Posterunki zbieraliśmy szybko, wręcz w popłochu. Połowa rzeczy i sprzętu tam pozostała. Najważniejsi byli ludzie. Gdy wracaliśmy przez miasto do bazy, na ulicach było już widać dużo rebeliantów z bronią. Chodzili z nią oficjalnie, nie kryjąc się wcale – wspominał generał Kaliciak. – Mogliśmy wtedy zlikwidować wiele ich placówek i wielu bojowników, ale nie było rozkazu użycia broni. Na szczęście, gdy przejeżdżaliśmy obok nich, nie strzelali.

Ewakuowanie rannych z Camp Lima. Fot. Robert Siemaszko

W kilku miastach Iraku przy centralnych urzędach miejskich, tzw. city hallach, obrona została znacznie wzmocniona. Amerykanie i żołnierze innych nacji zdecydowali jednak, że w przypadku ataków nie będą toczyć o nie boju. W Karbali rozkaz brzmiał inaczej – uznano, że City Hall nie może zostać zdobyty. – Tej samej nocy po powrocie do bazy otrzymałem rozkaz obrony tego kompleksu. Tak naprawdę takie zadanie mieliśmy od dawna, ale mniejszymi siłami. W zaistniałej sytuacji dowództwo rozkaz powtórzyło, delegując tam więcej żołnierzy – wspominał generał Kaliciak. – Stworzyliśmy szybko trzy pierścienie obrony. Na zewnętrznych umocnieniach ustawiłem policję iracką. Wjazd przed ewentualnym staranowaniem chroniły bułgarskie BMP na gąsienicach z działkami 23 mm. Dodatkowo były moje BRDM-y. Bułgarzy byli wtedy bardzo źle nastawieni do bojówkarzy. Trochę wcześniej, podczas jednego z przejazdów przez miasto, zginął jeden z ich żołnierzy – kontynuował opowieść generał. – Służba przy City Hall trwała 24 godziny. Później żołnierze wracali do bazy, lecz nie na odpoczynek, tylko do kolejnych zadań. Było nas bowiem zdecydowanie za mało.

Patrole z 2 Grupy Bojowej odnotowywały wiele drobnych incydentów, walki się jednak nie rozpoczęły. W bazach Juliet, Alfa i Lima atmosfera była nerwowa. Żołnierze czuli, że nadciągają ciężkie dni.

Przełomem okazała się ostatnia niedziela marca. W centrum świątynnym miasta tuż przy meczetach niemal jednocześnie dokonano sześciu zamachów samobójczych. Śmieć poniosło wówczas około 140 osób, a ponad 200 zostało rannych. Do akcji ratowniczej włączone zostały służby medyczne sił koalicyjnych. Ochraniani przez wzmocnione patrole wojskowi medycy wjechali w centrum krwawej rzezi.

Tej nocy zakaz nie obowiązuje

Rewolta szyickich ekstremistów rozpoczęła się 3 kwietnia 2004 roku w nocy. Tak zwana Armia Mahdiego uderzyła jednocześnie w kilku większych miastach. W centrum Karbali przy City Hall doszło do regularnej bitwy. Około 50 żołnierzy (30 polskich i około 20 bułgarskich) przez kilka dni i nocy broniło siedziby centralnych władz prowincji. Jeszcze nigdy w powojennej historii żołnierze z orłem na czapce nie toczyli tak bezwzględnej walki. – Atakowali zaciekle. Strzelali do nas z broni ręcznej, z granatników i moździerzy. Mieliśmy po trzy jednostki ognia. W pewnej chwili bałem się, że zabraknie amunicji. Miejscowa policja z posterunków zewnętrznych strzelała tak, że nie było wiadomo, czy celują w nas, czy w rebeliantów. Strzelali jednak krótko, bo po chwili uciekli. Z biegiem czasu stwierdziłem, że to już nie jest żaden incydent, ale prawdziwa wojenna bitwa” – opisywał te wydarzenia generał Kaliciak.

Polski patrol na ulicach Karbali. Fot. archiwum uczestników PKW Irak

Walka trwała całą noc. Początkowo niecelny ogień rebeliantów z moździerzy stał się skuteczny. Pociski zaczęły eksplodować na dachu urzędu. Jakiegoś terrorystę, który leżąc na ulicy, sięgał po załadowany granatnik, skutecznie skosił serią karabinu 12,7 mm działonowy naszego BRDM-a. Bułgarzy z broni pokładowej swoich BMP nieprzerwanie studzili zapędy przeciwnika do bezpośredniego ataku. Ich działko 23 mm zatrzymywało samochody próbujące staranować wjazd do City Hall. Przy bramie zaczęło się tworzyć składowisko płonących aut. W budynek poleciały pociski zapalające. Na szczęście niecelnie.

– W którymś momencie wojownicy Mahdiego ulokowali się na wieży meczetu. W naszym kierunku zaczęły lecieć pociski z RPG. Ranny został jeden Bułgar. Na misji mieliśmy zakaz otwierania ognia w kierunku miejsc kultu religijnego. Aby ochronić swoich ludzi, uznałem, że tej nocy mnie on nie obowiązuje. Kazałem otworzyć ogień. Nasze pociski zaczęły rozbijać tynk świątyni. Po chwili z okien na ziemię zaczęły spadać ciała przeciwników – relacjonował generał Kaliciak.

Najgorsze było to, że obrońcy ratusza cały czas nie mieli rozeznania, ilu rebeliantów ich atakuje. Plan na wypadek, gdyby terrorystom udało się przebić do bronionego obiektu, był prosty: wszyscy żołnierze mieli się natychmiast ewakuować na dach. Rzucanych z góry 80 przygotowanych granatów miało im zapewnić tyle czasu, aby mogli się ewakuować śmigłowcami. To założenie było czysto teoretyczne, bo przecież każdy z obrońców City Hall wiedział, że nasze śmigłowce nocą nie latają. Na dachu bronionego obiektu powiewała za to biało-czerwona flaga.

Flaga pozostała niezdobyta

Walka trwała całą noc. Rebelianci as-Sadra atakowali zaciekle z każdej strony. Z nastaniem dnia strzelanina ucichła. Bojówkarze się wycofali. W City Hall pozostali wyczerpani polscy i bułgarscy obrońcy. Lekko ranny był tylko jeden z naszych sojuszników. Według późniejszych szacunków miejscowej policji, tej nocy w ataku na City Hall śmierć poniosło około 80 sadrystów. Liczby rannych nie podano.

Uczestnicy walk. W tle ratusz. Fot. archiwum uczestników PKW Irak

Załoga broniąca oblężonego City Hall została zmieniona. W kolumnie, z BMP na przedzie i z tyłu, rozbijając po drodze ustawione nocą barykady, żołnierze odjechali do bazy na odpoczynek. Ich miejsce zajęła inna załoga. W dzień nie miała jednak wiele pracy.

Przed nocą kapitan Kaliciak i jego ludzie z 2 Grupy Bojowej wrócili do miejskiego ratusza. Znów z nastaniem ciemności rebelianci rozpoczęli atak. Takich krwawych bitewnych nocy było trzy. Później sadryści zrezygnowali i tylko nocami sporadycznie dokonywali ostrzału. Polska flaga nad City Hall nigdy nie została zdobyta.

Obrona City Hall, o której w kraju nie mówiło się wcale, bez wątpienia zapisała się złotymi zgłoskami w historii powojennych bojowych dokonań naszych wojsk lądowych. Był to najbardziej dramatyczny epizod podczas całego pobytu naszych oddziałów w Iraku. Po zakończeniu nocnych bitew siedmiu żołnierzy nie wytrzymało napięcia i powróciło na leczenie do kraju.

Piętro po piętrze

Kwietniowe walki stanowiły tylko preludium tego, co miało nastąpić miesiąc później. Wojska koalicji postanowiły oczyścić Karbalę z sadrystów. Polski kontyngent, który za ten rejon odpowiadał, nie był w stanie samodzielnie tego dokonać. Do miasta na pomoc Polakom przybyły więc siły amerykańskie – wzmocniony batalion 1 Dywizji Pancernej USA dysponujący opancerzonymi pojazdami HMMWV, gąsienicowymi transporterami Bradley, czołgami Abrams i samobieżnymi gąsienicowymi haubicami Paladin. O naszych chałupniczo dopancerzonych Honkerach czy BRDM-ach sojusznicy mówili z uśmiechem, że wyglądają jak z filmu „Mad Max”.

W pierwszych dniach maja 2004 roku na ulicach Karbali rozpoczęła się sojusznicza żołnierska robota przypominająca zdobywanie Berlina w 1945 roku. Żołnierze amerykańscy, polscy i bułgarscy zdobywali budynek po budynku, ulicę po ulicy, walczyli o każdy kwartał. Działania były niebezpieczne, ale przejmowanie Karbali posuwało się naprzód. Amerykanie mieli duże doświadczenie i niewiele skrupułów. Mieli też ciężki sprzęt i nie wahali się go używać. – Nikt nie liczył kontaktów ogniowych, bo w walce byliśmy bez ustanku, z krótkimi przerwami na sen. Było tak, jak opisuje się w książkach o II wojnie, czasami trzeba było zdobywać dom po domu. Arabscy rebelianci i wspomagający ich najemnicy czaili się wszędzie. Trzeba było bardzo uważać na snajperów. Walki miały różny przebieg. Chwilami trwał zmasowany ogień, innym razem my i oni prowadziliśmy precyzyjny ostrzał z broni wyborowej i osobistej ogniem pojedynczym – wspominał po powrocie do kraju starszy kapral Tomasz Nowak.

Podczas walk Amerykanie się nie patyczkowali. Pewnego dnia ukryty w jednym z budynków snajper rebeliantów ranił kolejno kilku żołnierzy koalicji. Strzelec wybił w murze małe otwory i nie przez jedną, ale kilka ścian prowadził ogień. Likwidacja takiego snajpera z broni strzeleckiej była właściwie niemożliwa. – „Neutralizację zagrożenia” przeprowadzono za pomocą działa czołgowego. Ciężka armata burzyła piętro po piętrze, aż wreszcie snajper przestał prowadzić ogień – opowiadał po powrocie do kraju kapitan Zbigniew Kościółek. Przyznał, że w tamtej sytuacji była to jedyna skuteczna metoda.

Walki o Karbalę, o budynki i ulice trwały wiele dni i nocy. Do historii przeszły bohaterskie potyczki Polaków na drogowym rondzie w centrum miasta podczas „czyszczenia” hoteli czy zdobywanie ostatniego bastionu rebeliantów przy meczetach. Było to trudne walki. Żołnierze często musieli się przemieszczać w odkrytym terenie, ogniem unieruchamiać wypełnione materiałami wybuchowymi ciężarówki, które próbowały wjechać na ich pozycje. – Kolejny atak nadszedł z południowej strony miasta. W kierunku posterunku znów pędził samochód. Kierowca nie reagował na strzały ostrzegawcze. Padły serie z broni ręcznej. Skutek był jednak żaden. Wtedy odezwał się BRDM. Kilka krótkich serii z karabinu 12,7 mm i pojazd się zatrzymał. Chwilę później eksplodował. Minęło tylko kilka minut i zza zakrętu wyjechał kolejny samochód próbujący sforsować zapory Polaków. Seria z BRDM-a znów zatrzymała wrogi pojazd. Przy posterunku płonęły już dwa auta – wspominał dowódca Foxów.

Walki, których nie było

Podczas tych starć Polacy nie ponieśli strat własnych. Tylko jeden żołnierz, wspomniany wcześniej starszy kapral Nowak, został ranny w nogę. Po powrocie do kraju tak o tym mówił: – Pewnej nocy moja drużyna przejęła jeden z budynków w centrum Karbali. Po ciemku przetrząsaliśmy piętro po piętrze w poszukiwaniu rebeliantów. Bez światła urządzaliśmy sobie stanowiska ogniowe i budowaliśmy system obronny. Jako osłonę często używaliśmy drzwi wyjętych z ościeżnic, mebli i wszystkiego, co mogło zatrzymać pociski. W pewnym momencie wyszedłem na hol budynku. Była tam przeszklona klatka schodowa. Snajper musiał strzelać pod kątem, bo widział mnie tylko od pasa w dół. Był bardzo dobry. Tyle mu wystarczyło, żeby mnie trafić – wspominał podoficer.

Uczestnicy II zmiany PKW w Iraku powrócili do kraju na przełomie lipca i sierpnia 2004 roku. Dlaczego wydarzenia w Karbali otaczała wówczas zmowa milczenia? Ówczesne władze wojskowe prawdopodobnie chciały uniknąć komplikacji na arenie międzynarodowej i posądzenia, że wyszliśmy poza posiadany mandat, który mówił tylko o stabilizacji. I gdy trwało „czyszczenie” Karbali, to m.in. dlatego dowództwo międzynarodowej dywizji oraz politycy w kraju utrzymywali, że nasi żołnierze siedzą bezpieczni w bazach, a zadanie wyrwania z rąk powstańców Karbali czy Nadżafu wzięli na siebie Amerykanie.

Innym powodem milczenia była zapewne chęć utrzymania wysokiego poziomu zaufania społeczeństwa do armii. Nikt nie wiedział, jak Polacy zareagowaliby na prawdę o irackiej misji. Ujawnienie szczegółów mogłoby także wpłynąć na rekrutację chętnych do udziału w następnych zmianach kontyngentu.

Według informacji, jakie uzyskałem od generała rezerwy Grzegorza Kaliciaka, w armii wciąż użytkowanych jest wiele jednostek sprzętu, którym w Karbali posługiwali się nasi żołnierze (np. słynne Honkery i opancerzone transportery Żbik). Aż się prosi, aby je odszukać i wraz z innymi pamiątkami, m.in. flagą, która wówczas powiewała nad ratuszem, zaprezentować na specjalnej ekspozycji w Muzeum Wojska Polskiego.

Bogusław Politowski

autor zdjęć: archiwum uczestników PKW Irak, Robert Siemaszko

dodaj komentarz

komentarze


Koniec niemieckiej misji powietrznego wsparcia
MON pomoże uczcić ofiary UPA
Sejm uchwalił ustawę o SAFE
Syndrom Karbali
PSL: niech NBP przekaże zysk na obronność
Borsuki wyszły w pole
Buty żołnierzy po nowemu
Daglezja bez tajemnic
Polsko-szwajcarska współpraca obronna
Trwa ewakuacja Polaków z Bliskiego Wschodu
Szkoła pilotów FPV
Francuski most na Odrze
„Ślązak” w warsztacie
Podwójny emeryt, jedno świadczenie
Gen. Rozwadowski – wizjoner i zwycięzca wymazany z pamięci
Nie udostępniamy nieba do ataków na Rosję
PKW Irak ewakuowany
Pierwsze K9 w Braniewie
Ćwiczą, aby bronić granicy
Więcej pieniędzy dla żołnierzy na mieszkanie
Fabryka pocisków ziemia–powietrze
Praktyki w AMW, czyli morska sztafeta
W Sejmie o wyższym szkolnictwie wojskowym
Zostać pilotem Apache’a
Program „Narew” się rozkręca
Testy autonomicznego Black Hawka
Ustawa o SAFE uchwalona. Opozycja przeciw
Ratunek na szczycie
Wypadek w PKW UNIFIL
Kompetencje warte ponad milion dolarów
Szef MON-u: polskie Patrioty nie trafią na Bliski Wschód
Historyczny triumf terytorialsa
NATO coraz silniejsze
ASzWoj zaprasza na dzień otwarty
Wojna z Iranem: eskalacja bez przełomu
Patrol z Syriusza
Taktyka „stopniowego oślepiania”
Zginęli, bo walczyli o wolną Polskę
Stalinowski wyrok śmierci na tysiącach Polaków
Polska buduje przewagę w kosmosie
Donald Trump: Jesteśmy bardzo blisko
A może studia na WAT?
Jubileuszowa i rekordowa Setka Komandosa
Polsko-estoński sojusz
Terytorialsi strzelali z nowych Grotów
Piekło „Pługa”
Sztuka spadania
Fińska armia luzuje rygory
Artylerzyści z Węgorzewa w natarciu
Polski sukces w Duńskim Marszu
Debata o bezpieczeństwie
Senat przyjął ustawę o SAFE głosami koalicji
Od złota do brązu, czyli lekkoatleci na medal
Wojskowi judocy, zapaśnicy i taekwondzistka pokazali klasę
Wyróżnienia za sportowe sukcesy
Czas nadziei, czas pokoju
Lasery dla polskiego wojska
Marynarze po raz trzeci z rzędu najlepsi w wieloboju żołnierskim
Początek wielkiej historii
Nie tylko błękitne berety

Ministerstwo Obrony Narodowej Wojsko Polskie Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wojska Obrony
Terytorialnej
Żandarmeria Wojskowa Dowództwo Garnizonu Warszawa Inspektorat Wsparcia SZ Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Agencja Uzbrojenia

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO