moja polska zbrojna
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje w Polsce Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych, zwane także RODO).

W związku z powyższym przygotowaliśmy dla Państwa informacje dotyczące przetwarzania przez Wojskowy Instytut Wydawniczy Państwa danych osobowych. Prosimy o zapoznanie się z nimi: Polityka przetwarzania danych.

Prosimy o zaakceptowanie warunków przetwarzania danych osobowych przez Wojskowych Instytut Wydawniczy – Akceptuję

Desant, konie i czołgi…

Po 1989 roku proces przełamywania izolacji społecznej wojska nie był wcale łatwy ani szybki. Wydawało mi się wtedy, że to jest bardzo ważne, by inteligencja wyszła z inicjatywą otwarcia się na ludzi w mundurach, którzy przed wojną byli przecież znaczącą jej częścią – mówi prof. Krzysztof Zanussi, reżyser i scenarzysta, w rozmowie z „Polską Zbrojną”.

Przed naszym spotkaniem przejrzałem archiwalne numery „Polski Zbrojnej” z przełomu XX i XXI wieku, w których publikował Pan swoje felietony. Uderzyło mnie w nich Pańskie dążenie do tego, by na nowo zaszczepić w Wojsku Polskim etos armii II Rzeczypospolitej.

Niewątpliwie to była świadoma refleksja nad tym, że w PRL-u doszło do bardzo negatywnego zjawiska. Mianowicie wojsko, a zwłaszcza jego korpus oficerski, stało się osobną kastą – ciałem obcym w społeczeństwie. Uwarunkowane to było oczywiście też politycznie, ale nie tylko. Zarówno moi rodzice, jak i rodzice mojej żony, wspominając czasy przedwojenne, podkreślali, że na każdym obiedzie czy spotkaniu towarzyskim byli ludzie w mundurach, którzy mieli sporo do powiedzenia nie tylko w kwestiach wojskowych.

REKLAMA

W czasach PRL-u z kolei tak się prawie w ogóle nie zdarzało. Moim zdaniem był to bardzo niedobry objaw, że armia jest społecznie wyizolowana. Po przełomie w 1989 roku – mimo deklaracji przywracania tradycji armii II Rzeczypospolitej – proces przełamywania owej izolacji nie był wcale łatwy ani szybki. Wydawało mi się wtedy, że to jest bardzo ważne, żeby inteligencja wyszła z inicjatywą otwarcia się na ludzi w mundurach, którzy przed wojną przecież byli znaczącą jej częścią, by przypomnieć chociażby taką postać jak kawalerzysta i literat gen. Bolesław Wieniawa-Długoszowski. Akurat gdy wpadłem na pomysł pisania do „Polski Zbrojnej” felietonów, ministrem obrony narodowej był mój szkolny kolega Janusz Onyszkiewicz, a jego zastępcą Romuald Szeremietiew. Obaj panowie wykazali duże zainteresowanie, jak też zrozumienie dla mojej inicjatywy, i tak zostałem felietonistą „Polski Zbrojnej”.

Wspomniał Pan gen. Wieniawę-Długoszowskiego jako modelowy przykład inteligenta w mundurze. Nie możemy więc nie przywołać też nietuzinkowej postaci Pańskiego teścia, płk. dypl. Adama Remigiusza Grocholskiego, wybitnego kawalerzysty, ale też malarza, a w czasie wojny komendanta „Wachlarza”, komórki wywiadowczo-dywersyjnej Armii Krajowej.

Mój teść był też adiutantem Józefa Piłsudskiego. Związana jest z tym zabawna anegdota, która pokazuje, że ówczesnym wojskowym na najwyższym szczeblu dowodzenia nieobce było coś bardzo istotnego dla inteligenta – poczucie humoru. Kiedy teść został osobiście przez Piłsudskiego zaproszony do objęcia adiutantury, odpowiedział: „Panie marszałku, ale muszę pana uprzedzić – ja nie jestem piłsudczykiem”. Na to Piłsudski się roześmiał i odpowiedział krótko: „Ja też nie”.

W książce „Zanussi – przemiany” zamieszczono Pana zdjęcie w mundurze – pamiątkę z przysposobienia wojskowego na studiach. Niezbyt dobrze wspomina Pan ten przedmiot…

Jak najgorzej – jak zdecydowana większość studentów. Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie kwestionuję potrzeby takich zajęć, zwłaszcza obecnie, gdy niedaleko naszych granic trwa wojna. Ale za moich czasów one były po prostu fatalnie prowadzone. Mieliśmy poczucie straconego czasu, a dla młodego człowieka, pełnego aspiracji, nie może być nic gorszego. Po prostu niczego się nie nauczyliśmy. To, co nam pokazywano i przekazywano, i tak każdy z nas wiedział, często lepiej od prowadzącego zajęcia. Na przykład jak wykopać tzw. wnęk strzelecki. Wtedy byłem studentem fizyki i pamiętam, jakżeśmy tych biednych podoficerów dręczyli, używając trudnych słów. Kopiąc ów wnęk strzelecki, pytaliśmy naszego instruktora, czy aby nie ma on kształtu lemniskaty Bernoullego… Konia z rzędem temu, kto pamięta ze szkoły, co to jest lemniskata Bernoullego. To były tego rodzaju dowcipy. Bardzo często też roztrząsaliśmy z podoficerami teorię względności, na przykład wskazując, że kopiemy transzeję „od tego drzewa do południa”, co nawiasem mówiąc odpowiadało bardzo tejże teorii, gdyż stosowaliśmy dwie miary do jednej odległości. (śmiech)

Jednym słowem klasyka studenckich zajęć z przysposobienia wojskowego z okresu słusznie minionego. Jednak wojskowe klimaty trzymały się Pana nadal także na studiach filmowych – zaintrygował mnie tytuł jednej z pierwszych etiud szkolnych – „Ułan i dziewczyna”. Niestety, nie mogłem jej nigdzie odnaleźć…

Gdzieś ją mam w swoim archiwum, ale bardzo chętnie ją opowiem. To były sceny romantycznego pożegnania ułana z dziewczyną. Dziewczynę grała Zofia Merle, już wtedy wybitna aktorka Studenckiego Teatru Satyryków. Nie mogła swego ułana wypuścić z objęć na wojnę, co chwilę na nowo go ściskając. W końcu rzuciła mu się pod nogi, żeby tylko go zatrzymać. Pożegnanie dramatycznie się przedłużało i nawet stojący za nimi rumak zaczynał strzyc uszami z niecierpliwości. Ostatecznie żołnierz wpadł na taki koncept, że niepostrzeżenie wysunął nogi ze swoich trzymanych przez oblubienicę butów kawaleryjskich i na bosaka wskoczył na siodło i w zdekompletowanym wyposażeniu wyruszył na wojnę.

Czyli za wszelką cenę spełniał swoje kawaleryjskie powołanie…

No tak, lecz z drugiej strony, jakże przykro jest zawieść dziewczynę. Dlatego to był dramat.

Pan bardzo lubi konie.

O, tak! Z końmi się wychowałem, a można powiedzieć nawet, że konie mnie wychowały. Kiedy jest się młodym chłopcem, to dzięki tym zwierzętom można się dużo o życiu dowiedzieć. Podkreślam to ciągle jako jedną z najpiękniejszych metod poznawania świata. Przy zwierzętach dowiadujemy się dużo przede wszystkim o sobie samych.

I to oddał Pan w filmie „Cwał”, w którym stalinowską Polskę oglądamy z perspektywy chłopca i jego ciotki zafascynowanej hippiką.

Ten film jest w dużym stopniu autobiograficzny. Właściwie to są wszystko moje przygody – wyłączając jedynie kilka szczegółów – z upiornych czasów stalinowskich.

TadeuszBradecki i ZofiaMrozowska w filmie„Constans” w reżyseriiKrzysztofaZanussiego,1980 rok.

À propos „Cwału”, widać w nim też wkład wojska – chociażby w scenach z czołgami. Za pomoc przy tym i innych filmach dziękował Pan na łamach „Polski Zbrojnej” w felietonie wymownie zatytułowanym „Constans”. Taki sam tytuł nosi jeden z moich ulubionych Pańskich filmów. Pokazał Pan w nim chłopaka, który bierze się za bary z rzeczywistością PRL-u początku lat osiemdziesiątych po służbie w czerwonych beretach, czyli 6 Dywizji Powietrznodesantowej. Moim zdaniem krytycy zbyt rzadko zwracają uwagę, że nieustępliwość Witka zdeterminowana jest też przez doświadczenie bycia spadochroniarzem szkolonym w górach.

Tak, zgodzę się z panem, że służba w „komandosach” – jak nazywało się wtedy bycie żołnierzem desantu – była istotnym epizodem w losach Witka. Zaznaczmy, że nawet wtedy, w czasach PRL-u, 6 Dywizja Powietrznodesantowa miała bardzo dobrą reputację, także w społeczeństwie. Była jednostką, w której się czuło, że nie jest jedynie przedłużeniem armii sowieckiej, jak myślano o wielu innych formacjach ówczesnego Wojska Polskiego. W ten sposób zapamiętałem tę dywizję, zresztą poznałem całkiem dobrze kilku jej oficerów na planie „Constansu”. Znajomość z nimi utwierdziła mnie w przekonaniu, że jej dobra reputacja jest w pełni zasłużona. Poziom tych ludzi był ponad przeciętną tamtego wojska – tak to ujmę.

Niezgoda Witka na normy, a raczej ich brak, brała się właśnie z doświadczenia służby w elitarnej jednostce. On nauczył się podczas skoków ze spadochronem czy treningu wspinaczki górskiej, że nie można oszukiwać ani siebie, ani kolegi, którego się ubezpiecza czy z którym się wspólnie walczy po desancie z samolotu. Z pewnością to doświadczenie poznania własnych możliwości było dla bohatera doświadczeniem oczyszczającym i dającym wiarę we własne siły.

Pan powszechnie nie jest kojarzony z kinem historycznym, co uważam za błąd.

Bardzo żałuję kilku niezrealizowanych scenariuszy, dzięki którym byłbym bardziej kojarzony z tym gatunkiem. No cóż, przede wszystkim należy powiedzieć, że realizacja filmów historycznych jest droga, a czynnik ekonomiczny przy takich projektach jest bardzo istotny. Kilka filmów kostiumowych udało mi się jednak zrealizować, część zresztą za granicą, ale więcej pozostało w sferze marzeń i projektów. Ale bardzo się cieszę, że udało mi się nakręcić film o Napoleonie i pani Walewskiej.

Przypomnijmy jeszcze, że o mało nie wywołał Pan III wojny światowej przez nakręcony w Krakowie fresk historyczny „Z dalekiego kraju” – o Janie Pawle II.

To były czasy tzw. karnawału Solidarności, a ja na ten film miałem ogromny budżet, bo zainwestowane były weń wielkie międzynarodowe pieniądze. Paradoksalnie trudno je było wydać, bo wtedy w Polsce wszystkiego brakowało. Pieniądze okazały się najłatwiejsze do zdobycia. Pan nawiązuje do sceny tzw. wyzwolenia Krakowa przez Armię Czerwoną w styczniu 1945 roku. Zależało mi, żeby pokazać, że było jak w jednej z piosenek: jak weszli, to już nie wyszli. Tak więc miałem do dyspozycji spory oddział statystów odgrywających sołdatów i jeńców niemieckich oraz siedem czołgów. Notabene zaangażowani na planie statyści, żołnierze, chętniej grali Niemców niż Sowietów, czyli woleli nosić mundury Wehrmachtu niż „bratniej” Armii Czerwonej. Powód był bardzo prosty, wynikający bardziej z pragmatyki niż patriotyzmu. Kiedy szli na stronę, czyli najczęściej do jednej z okolicznych bram, „Sowieci” od stróżów dostawali miotłą po głowie, a „Niemcy” co najwyżej byli ochrzaniani…

W obrębie planu, czyli wokół Rynku, wszystkie ulice były zablokowane przez milicję. Na ekranie trudna scena wkraczania sowieckich wojsk miała trwać co najwyżej kilka minut, a jej przygotowanie zajęło wiele godzin. Szczególnie zależało mi, by wyszła perfekcyjnie, gdyż wszystko obserwowali moi angielscy i włoscy koproducenci. Specjalnie zjechali do Krakowa, by zobaczyć postęp prac nad filmem, w który zainwestowali.

Rozległ się klaps, ruszyła kolumna siedmiu czołgów, a za nią niemieccy jeńcy prowadzeni przez czerwonoarmistów i dalsze sowieckie oddziały. Ja siedziałem razem z operatorem Sławomirem Idziakiem na kranie (wysięgniku – przyp. red.) i nagle widzę z góry, że slalomem wjeżdża na plan radiowóz milicyjny. Kiedy się zatrzymał, milicjant zawołał przez megafon: „Reżyser do telefonu!”. To nie był oczywiście telefon komórkowy, tylko specjalny milicyjny telefon w walizce. Zachodziłem w głowę, o co chodzi, przygotowując w myślach warianty awaryjne na wypadek przerwania z jakiegoś powodu dalszych zdjęć. Podnoszę słuchawkę i ku mojemu zdumieniu słyszę język angielski. Rozmówca przedstawia się, o ile dobrze pamiętam, jako drugi sekretarz ambasady amerykańskiej i pyta mnie… jak ja się mam. Wyczuł szybko, że w czymś mi przeszkodził, i zapytał o to, a ja mu odpowiadam: „Nawet pan sobie nie wyobraża, jak mi w tym momencie przeszkadza. Dlaczego pan, Amerykanin, dzwoni do mnie z ambasady milicyjną linią, co to w ogóle ma znaczyć?”. Ten zaczął się tłumaczyć: „Wie pan, nasz satelita szpiegowski wykrył, że w Krakowie jest ogromne zgromadzenie ludzi na Rynku i siedem sowieckich czołgów. W związku z tym oficjalnie zwróciliśmy się do waszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, a oni nam odpowiedzieli, że pan kręci film. A my odpowiadamy, żeśmy nic o tym filmie nie słyszeli. Dlatego pozwolili nam połączyć się z panem milicyjną linią”. Po wyjaśnieniu sprawy dokończyłem kręcenie scen wkroczenia Sowietów do Krakowa. Jedyną konsekwencją interwencji amerykańskiej było to, że kazano mi czym prędzej zamalować czerwone gwiazdy na czołgach. Żeby nie było materiałów zdjęciowych, które mogłyby sugerować, że w 1980 roku nastąpiła sowiecka interwencja w Polsce. To zdarzenie jest przykładem przecięcia się fikcji z rzeczywistością.

Prof. Krzysztof Zanussi – urodzony 17 czerwca 1939 roku w Warszawie. Jest reżyserem filmowym i teatralnym, scenarzystą, producentem filmowym, profesorem sztuk filmowych. Uważany przede wszystkim za przedstawiciela dwóch nurtów polskiej kinematografii: kina Młodej Kultury i kina moralnego niepokoju. Od 1980 roku był kierownikiem artystycznym zespołu, a następnie dyrektorem Studia Filmowego „TOR”. W latach 1971–1983 wiceprezes Stowarzyszenia Filmowców Polskich, a w okresie 1975–1977 przewodniczący Rady Polskiej Federacji Dyskusyjnych Klubów Filmowych. Od 1987 członek Komitetu Kinematografii. Komandor Orderu Odrodzenia Polski.

Rozmawiał: Piotr Korczyński

autor zdjęć: Paweł Sobkowicz, Marian Hen/ Inplus/East News

dodaj komentarz

komentarze


Psiakrew, harmata!
Rosyjskie myśliwce przechwycone nad Bałtykiem
Ćwiczą i budują drony w 17 WBZ
Zmiana resortowych planów: jeszcze więcej OPW
Zmiany w 6 Mazowieckiej BOT
Ślubowanie adeptów sztuki wojskowej
Wyróżnienia za sportowe sukcesy
Cel: wzmocnić odporność małych społeczeństw
Fińska armia luzuje rygory
Daglezja dla saperów z 9 BBKPanc
Amerykańskie MRAP-y w polskiej wersji. Kulisy metamorfozy
Francuzi zbudują satelitę dla MON-u
Misja zdrowie, czyli lepiej zapobiegać niż leczyć
„Kryzys” na AWL-u
Armia na kryzys
Nowe zasady finansowania szkolenia żołnierzy-medyków
Zbrodnia bez kary
Rzeźnik w rękach GROM-u
Bliski Wschód: wojna bez wyjścia, stawka rośnie
Chunmoo trafią do Gostynina
Sportowe emocje na wojskowej spartakiadzie w Łasku
Pirania zdała egzamin
Wypadek w PKW UNIFIL
Od cyberkursu po mundurówkę
Lepiej uczyć się na misjach niż na wojnie
Judoczka Wojska Polskiego znów na podium
Bądź bezpieczny w sieci
Polska i Norwegia zacieśniają współpracę
NATO i USA o Iranie
Kolarskie gwiazdy na legendarnym okręcie
Twarde na poligonie
Marynarz w koreańskim tyglu
Pieniądze z SAFE coraz bliżej
Pasja i fart
Początek wielkiej historii
Kolejne SSR dla Wojska Polskiego
Kadeci na start
Ruszyły Wojskowe Targi Służby i Pracy
Syndrom Karbali
Finansowanie szkolenia wojskowych medyków
Ochrona w gotowości
Miecz w ręku NATO
Zasiąść za sterami Apache’a
Debata o bezpieczeństwie
Tusk: Francja to wiarygodny sojusznik
Groźny incydent w Libanie
Na służbie z karabinem, po godzinach z szablą w dłoni
Koniec niemieckiej misji powietrznego wsparcia
Senat przyjął ustawę o SAFE głosami koalicji
Zmiany kadrowe na szczycie PGZ-etu
Szpital w Płocku „przyjazny wojsku”
Podwójny emeryt, jedno świadczenie
Terytorialsi zdobyli amerykańskie ostrogi
Adaptacja i realizm
Zaproszenie do przygody
Wojna sześcioosobowych armii
Wielkie serce K9
„Końca cywilizacji” w Iranie na razie nie będzie
Zbrodnia i kłamstwo
Rosomaki na lądzie i morzu
Sejm uchwalił ustawę o SAFE
Wojsko testuje systemy antydronowe
Ukraina lekcją dla Polski i całego NATO
Marynarze po raz trzeci z rzędu najlepsi w wieloboju żołnierskim
Na pierwszej linii wojny i pokoju
Australijską armią będzie dowodzić kobieta
Cenckiewicz rezygnuje z szefostwa BBN
Pierwsze loty

Ministerstwo Obrony Narodowej Wojsko Polskie Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wojska Obrony
Terytorialnej
Żandarmeria Wojskowa Dowództwo Garnizonu Warszawa Inspektorat Wsparcia SZ Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Agencja Uzbrojenia

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO