Temat zabijania wywołał szeroką dyskusję wśród naszych czytelników. W tym numerze prezentujemy opinię majora Wojciecha Mendla.
W październikowym numerze „Polski Zbrojnej” ukazał się wywiad z doktorem Tomaszem Żuradzkim, w którym zaprezentował spojrzenie etyka i filozofa na zabijanie jako część żołnierskiej profesji. Żuradzki przypomniał o śmierci i cierpieniu towarzyszących wystrzałom, sugerował, że zabijanie pozostaje niemoralne także w trakcie konfliktu zbrojnego. Operacje militarne prowadzone z udziałem Sił Zbrojnych RP w Iraku i Afganistanie uznał za wojny niesprawiedliwe z etycznego punktu widzenia.
Są to tematy rzadko pojawiające się w mediach, mam zatem nadzieję, że ta publikacja wywoła żywą dyskusję w środowisku żołnierskim, zwłaszcza że pewne poglądy zawarte we wspomnianym wywiadzie są dość kontrowersyjne.
Prawo a moralność
Z uwagą zapoznałem się z poglądami doktora Żuradzkiego i wiele z nich podzielam. Wypowiem się jednak tylko na temat tych tez, na które patrzę z innej niż etyk perspektywy. I choć nie uważam, aby zabijanie zawsze było niemoralne, nie zamierzam przekonywać do uznania tego poglądu za słuszny. Normy moralne mają bowiem ze swej natury charakter autonomiczny, co oznacza, że obowiązują tych ludzi, którzy je we własnych sumieniach zaakceptują. Wielu z nas ma różne poglądy na takie zjawiska, jak samobójstwo, eutanazja czy aborcja, możemy zatem różnić się również w moralnej ocenie żołnierzy, którzy walczą i zabijają w czasie trwania konfliktu zbrojnego.
Inaczej niż normy moralne skonstruowane są normy prawne. Obowiązują one wszystkich obywateli, niezależnie od tego, czy są akceptowane. Często poparte jest to sankcjami za ich nieprzestrzeganie, a nad ich egzekwowaniem czuwa cały państwowy aparat przymusu. Żołnierze są adresatami wielu norm prawnych nieobowiązujących pozostałej części społeczeństwa, i właśnie z perspektywy istnienia tych specyficznych norm chcę spojrzeć na wywiad z Tomaszem Żuradzkim.
Przypomnę czytelnikom jego fragment: „Tradycyjna doktryna wojny sprawiedliwej, na którą powołują się politycy, próbując uzasadnić wojny w Iraku czy Afganistanie, i wzorowane na niej prawo międzynarodowe, mają paradoksalne konsekwencje. Zakładają bowiem tak zwaną moralną równość żołnierzy, bez względu na to, po której stronie walczą. Zgodnie z tym tokiem rozumowania w 1939 roku wojskom wermachtu wolno było bez ograniczeń zabijać polskie oddziały – o ile tylko walka odbywała się zgodnie z regułami. Jeśli podczas napadu na bank rabuś wyciąga broń, a strażnik zaczyna strzelać, to znaczy, że rabuś ma prawo zabić strażnika? A to właśnie zakładałaby doktryna wojny sprawiedliwej. Powstała ona jednak w czasie, gdy żołnierz nie mógł samodzielnie ocenić, czy walczy w słusznej sprawie. Był jednym z trybików w gigantycznej machinie wojennej, a prawo do oszacowania, kiedy wojna jest słuszna lub nie, przysługiwało wyłącznie suwerenowi. Dziś żołnierze mają większą możliwość stwierdzenia, w jakiej wojnie uczestniczą. Dlatego powinni być współodpowiedzialni za to, co robią”.
Rabuś kontra żołnierz
Interesujące (z prawnego punktu widzenia) w tym tekście są dwie kwestie. Porównanie śmierci żołnierzy polskich w kampanii wrześniowej z zabójstwem strażnika w czasie napadu, oraz prawo żołnierza do oszacowania słuszności prowadzonej wojny i jego współodpowiedzialność za prowadzenie działań.
Te przykłady są do siebie podobne tylko na pierwszy rzut oka – przez identyczny skutek obu zdarzeń, jakim jest śmierć człowieka. Różnice między nimi dostrzeżemy, gdy dokonamy oceny prawnej. Zastanówmy się, jakie konsekwencje przewiduje prawo wobec rabusia, który zabija strażnika, a jakie mógłby ponieść członek wermachtu, który w 1939 roku zabił w walce polskich żołnierzy.
Zabicie strażnika musi być ocenione przez pryzmat obowiązujących norm prawa karnego; zgodnie z ich regułami rabuś zostałby pociągnięty do odpowiedzialności karnej za popełnienie zabójstwa. Sprawca nie uwolniłby się od odpowiedzialności, gdyż jego działanie było bezprawne; nie ma wobec niego zastosowania prawo do samoobrony wynikające z funkcjonowania instytucji obrony koniecznej czy stanu wyższej konieczności.
Zabicie przez członka wermachtu polskich żołnierzy w walce zbrojnej toczonej zgodnie z regułami prowadzenia konfliktów zbrojnych nie podlega odpowiedzialności karnej (zgodnie z normami prawa polskiego, niemieckiego i międzynarodowego). Jest to efekt swoistego „prawa do stosowania przemocy”, przysługującego wojskom prowadzącym walkę zbrojną, co znajduje odzwierciedlenie w prawie międzynarodowym i wewnętrznym. Na gruncie wewnętrznego prawa karnego funkcjonuje instytucja „działania w granicach nadanych uprawnień”, która wyłącza bezprawność czynów wyczerpujących ustawowe znamiona przestępstw w sytuacjach, gdy inny przepis zezwala na realizację takiego działania. I tak dzięki tej instytucji nie popełnia przestępstwa policjant pozbawiający wolności kogoś, kto jest podejrzany o dokonanie przestępstwa, czy żołnierz zabijający przeciwnika w walce. Oczywiście odpowiedzialność karna żołnierza będzie wyłączona tylko wówczas, gdy czyn ten miał miejsce w czasie walki zbrojnej i w sposób nienaruszający przepisów zawartych w prawie konfliktów zbrojnych.
Wolność bez obaw
Podobnie będziemy postrzegać sytuację żołnierza wermachtu na gruncie prawa międzynarodowego. Nie zostanie on skazany za zabicie polskich żołnierzy, gdyż zgodnie z międzynarodowym prawem konfliktów zbrojnych przestępstwem jest nie zabicie żołnierza w walce, lecz nieprzestrzeganie reguł jej prowadzenia. Przypomnijmy, że orzeczenia Międzynarodowego Trybunału Wojskowego w Norymberdze dotyczyły ścigania zbrodni wojennych i to tylko tych dokonanych przez nazistów. Skazano 19 zbrodniarzy w procesie głównym i 185 w wyniku procesów pomocniczych. Sądy niemieckie do dziś przeprowadziły około 100 tysięcy postępowań o popełnienie zbrodni wojennych w latach 1939–1945, skazano kilka tysięcy osób.
Gdy zatem rabuś będzie odbywał karę pozbawienia wolności za zabójstwo, to żołnierz wermachtu może cieszyć się wolnością bez obaw o możliwość pociągnięcia go do odpowiedzialności, gdyż na gruncie prawa mógłby być ścigany tylko za popełnienie zbrodni wojennych, a nie za zabicie polskich, angielskich czy sowieckich żołnierzy w czasie prowadzenia walki zbrojnej. Nie ma w tym żadnego absurdu, jak twierdzi Tomasz Żuradzki. Zwyczaj międzynarodowy, traktaty i akty normatywne uregulowały tę kwestię w ten sposób między innymi dlatego, że to nie żołnierze decydują o rozpoczęciu konfliktu zbrojnego.
Odpowiedzialność karną za wywołanie wojny niesprawiedliwej przepisy przewidują dla polityków, decydentów i najwyższej rangi dowódców, o ile podejmują oni takie decyzje. To ci reprezentanci establishmentu państwowego mogą odpowiadać za popełnienie przestępstwa przeciwko pokojowi. Fakt, że jesteśmy żołnierzami armii w państwie, które w ocenie prawa międzynarodowego prowadzi wojnę niesprawiedliwą, nie rodzi sam w sobie konsekwencji w postaci odpowiedzialności karnej żołnierzy za czyny popełnione w czasie walki.
Przejdę do drugiej kwestii. Otóż stawiam tezę, że żołnierz wermachtu z rzeczonego przykładu miałby nikłe szanse na przeżycie II wojny światowej, gdyby postępował zgodnie z poglądami pana Tomasza Żuradzkiego, który nawołuje wojskowych do samodzielnego oceniania, czy walczą w słusznej sprawie. Uzasadnieniem tej tezy niech będzie porównanie kilku liczb. Sądy wojenne hitlerowskich Niemiec w okresie od września 1939 do sierpnia 1944 wydały około 40 tysięcy wyroków skazujących na karę śmierci własnych żołnierzy za dezercje, defetyzm i tym podobne przestępstwa wojenne. Od września 1944 roku do końca wojny wydano ich najprawdopodobniej drugie tyle, ale dane te są szacunkowe ze względu na brak dokumentacji z tego okresu. Istnieje zatem spore prawdopodobieństwo, że gdyby przykładowy żołnierz wermachtu rozważał zasadność rozkazów wydawanych przez przełożonych, gdyby dokonywał moralnej oceny sposobów walki oraz celowości stosowania pewnych środków do jej prowadzenia, a może nawet zrezygnował z uczestniczenia w niesprawiedliwej wojnie, znalazłby się w grupie skazanych.
Wszyscy wiemy, że III Rzesza Niemiecka była państwem totalitarnym i jej sądownictwo wojskowe nie koncentrowało się na realizowaniu założeń wymiaru sprawiedliwości, lecz skupiało na utrzymaniu dyscypliny w armii i woli walki w narodzie. Nie oznacza to jednak, że współczesne państwa demokratyczne rezygnują ze stosowania podobnych narzędzi (choć wierzę, że mniej drakońskich) do realizacji własnych interesów.
Żyjemy względnie bezpiecznie, przynajmniej w Europie. Jednak mimo że państwa wyrzekły się w traktatach międzynarodowych stosowania przemocy w rozwiązywaniu sporów, to jednocześnie nie rezygnują z utrzymywania armii. Nadal dają im kompetencje do stosowania przemocy i opierają ich funkcjonowanie na hierarchicznym podporządkowaniu i ścisłej dyscyplinie. Władze ustawodawcze nakładają na każdego obywatela obowiązek obrony państwa, który realizowany jest najczęściej poprzez pełnienie służby wojskowej. Za niewykonanie tego obowiązku grozi surowa kara. Powstają specjalne regulacje mające umożliwić sprawne zarządzanie żołnierzami w ekstremalnych warunkach konfliktu zbrojnego, które przewidują, z jednej strony, surową odpowiedzialność za nieprzestrzeganie przepisów i niewykonanie rozkazów, z drugiej zaś – przyśpieszony tryb orzekania z ograniczonym prawem odwoławczym.
Koncepcja myślących bagnetów
Przepisy polskiego prawa karnego w części wojskowej przewidują odpowiedzialność karną żołnierzy za popełnienie takich czynów, jak odmowa pełnienia służby lub wykonania rozkazu, nieprawidłowe wykonanie rozkazu, zmuszanie przełożonego do określonego zachowania, dezercja i inne czyny godzące w spójność armii. Obowiązują również przepisy dyscyplinarne.
Nie oznacza to pielęgnowania rzymskiej zasady zawartej w paremii „Inter arma silent leges”. W polskim prawie nie obowiązuje doktryna „ślepych bagnetów”, w której myśl wykonujący rozkaz nigdy nie ponosi konsekwencji. Zgodnie z regulacjami zawartymi w kodeksie karnym żołnierz ponosi odpowiedzialność karną za popełnienie przestępstwa będącego konsekwencją wykonania rozkazu, jeśli miał świadomość jego przestępczości. Inny przepis kodeksu karnego znosi odpowiedzialność żołnierza za niewykonanie rozkazu, jeśli jego wykonanie stanowiłoby przestępstwo.
Nawołując żołnierzy do samodzielnego rozstrzygania o zasadności rozkazu, zwłaszcza w sprawie toczenia wojny, musimy pamiętać o uwarunkowaniach prawnych służby wojskowej. Mieć świadomość, że może to być odczytywane jako podżeganie do popełnienia przestępstw przeciwko obronności państwa. Żołnierz podejmujący decyzję za suwerena będzie za to ukarany. Wraz ze zmieniającymi się warunkami bezpieczeństwa państwa oraz świadomością społeczną możemy postulować wprowadzenie nowych przepisów obowiązujących żołnierzy. Ale trzeba uważać, aby nie stworzyć systemu, w którym armia przestanie być efektywnym narzędziem do prowadzenia operacji zbrojnych.
autor zdjęć: Fotolia
