W szaleństwie zmian struktur, doktryn i szkolenia nie możemy zmarnować dorobku zdobytego kosztem ludzkiego poświęcenia i wysiłku.
Dla płk. Rajmunda T. Andrzejczaka, obecnie generała brygady i dowódcy 17 Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej, wyznaczenie w 2008 roku na stanowisko dowódcy IV zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Afganistanie było zaskoczeniem i, jak twierdzi, największym szaleństwem w dotychczasowym życiu służbowym. Na przygotowanie się do wyjazdu i objęcie stanowiska miał trzy tygodnie, a swoich ludzi zobaczył dopiero na ćwiczeniach certyfikujących kontyngent. Każdą wolną chwilę w tym czasie wykorzystywał na lektury o Afganistanie, począwszy od polskich analiz wojskowych, przez wnioski amerykańskie, na doświadczeniach rosyjskich z poprzedniej wojny skończywszy. Wkrótce wylądował w Bagram. Jak sam przyznaje, początkowo przyjął twardy styl dowodzenia. Innej możliwości wówczas nie było.
Dowodzenie IV zmianą rozpoczynał w momencie konsolidacji, gdy po wycofaniu polskich kompanii rozporoszonych w prowincji Paktika, całość sił skoncentrowano pod polskim dowództwem w prowincji Ghazni. Chciano w ten sposób uzyskać efekt większej politycznej widzialności wysiłku Polaków oraz pokazać ich zdolność do samodzielnego kontrolowania całej prowincji. Połączono również rozdzielone we wcześniejszych zmianach funkcje dowódcy kontyngentu i dowódcy elementu bojowego, co na płk. Andrzejczaka nakładało podwójne obowiązki. Miał się zajmować sprawami administracyjnymi, narodowymi, logistycznymi, a zarazem operacyjnymi i dowodzeniem brygadową grupą bojową w całej prowincji.
Logistyka i dyplomacja
Działania bojowe musiały w tej zmianie ustąpić logistycznym. Równie ważne jak rozbudowa infrastruktury było wówczas rozwijanie relacji z miejscowymi władzami. Jeszcze Polacy nie rozpoczęli na dobre działalności operacyjnej, a już lokalni przywódcy zwracali się do ich dowódcy z listą próśb, życzeń i oczekiwanej pomocy. Gen. Andrzejczak przyznaje dziś, że nie czuł się zbyt komfortowo w tego typu działaniach dyplomatycznych. Mimo to kilka razy w tygodniu spotykał się z gubernatorem Usmanem Usmani, bardzo niechętnie początkowo nastawionym do Polaków i niewierzącym w możliwości nowych partnerów. Godzinami rozmawiali o tradycji, kulturze, religii, sytuacji ekonomicznej, ale też o lokalnych potrzebach i możliwościach ich zaspokojenia.
Jedną z ważnych, ale i niełatwych decyzji było wówczas wysłanie w niedostępne góry prowincji Malestan dużego transportu z pomocą humanitarną: „Operacja »Roxana« mogła poprawić nasz wizerunek, zapewnić pozytywne nastawienie mieszkających tam Hazarów”, wyjaśnia gen. Andrzejczak. „Kilkusetkilometrowy marsz konwoju, którym dowodził kpt. Maciej Kłaczkowski, w górskim terenie był niezwykle trudnym zadaniem. Nie spałem kilka dni, bo czekałem na każdy meldunek, wysłałem też tym ludziom wsparcie lotnicze, zarządziłem ewakuację śmigłowcem odwodnionego żołnierza”.
Niepokój dowódcy budził wówczas brak precyzyjnych planów kampanii, długoterminowych strategii, a także zrozumienia operacji. W Polsce oczekiwano spektakularnych sukcesów, nie do końca chyba zdając sobie sprawę z możliwości i ograniczeń: „Byłem zaskoczony całkowitym brakiem zainteresowania tym, co robimy. W kraju spodziewano się sukcesów w łapaniu terrorystów, a nie w pomaganiu miejscowym. Przyszło jeszcze bardzo długo poczekać, zanim zrozumiano, że dla skuteczności operacyjnej ważniejsze jest to, ilu ludzi uratowaliśmy, niż to, ilu zabijamy”.
Orle pióro
W V zmianie grą o najwyższą stawkę były wybory prezydenckie w Afganistanie. Od ich przebiegu zależał wydźwięk polityczny operacji, a tym samym wizerunek sił koalicyjnych. Płk Andrzejczak, który pozostał na drugą turę, stanął jeszcze przed większymi wyzwaniami operacyjnymi. Za zrządzenie losu uważa przylot na ten etap misji spadochroniarzy z 6 Brygady Powietrznodesantowej, stanowiących trzon batalionów manewrowych: „Byli bardzo doświadczonymi, zdyscyplinowanymi i twardymi żołnierzami. Jak sądzę, nie bez znaczenia było to, co się wydarzyło w Nangar Khel. Chcieli pokazać, że potrafią walczyć i bardzo dobrze im się to udało. Oficerowie brygady, Adam Stępień i Adam Stręk w sztabie, dowódcy zgrupowań Leon Stanoch i Grzegorz Grodzki stanowili świetny zespół. Współpraca z nimi układała się znakomicie”.
Dowódca polskich sił potrzebował wówczas mocnego wsparcia, zarówno ze względu na rangę nadchodzących wydarzeń, jak i brak jasnych dyrektyw z kraju, dotyczących prowadzenia kampanii. Większość zlecanych zadań miała charakter taktyczny, nieistotny dla całości operacji. Zastosował wówczas jedyne rozsądne rozwiązanie: „Pozostawało podporządkowanie się wytycznym CJTF [Dowództwa Połączonych Sił Zadaniowych]”, wspomina generał. „Okazało się, że nasza efektywność nie odbiegała od tej amerykańskich brygad, bezpieczeństwo zostało utrzymane na poziomie umożliwiającym przeprowadzenie wyborów, choć płaciliśmy za to bardzo wysoką cenę”.
Spośród wielu operacji w tym okresie za najbardziej spektakularną uważa „Eagle Feather” („Orle pióro”), przeprowadzoną we współpracy z siłami afgańskimi w rejonie bazy Giro. Stanowiła połączenie działań typu cordon & search, mylenia i działań pozornych z jednoczesnym wykorzystaniem grupy CIMIC. Amerykańskie szturmowce AH64D zniszczyły wówczas stacje retranslacyjne talibów, prowadzono walkę elektroniczną, nasłuch i zakłócanie, a także operacje informacyjne. Zatrzymano kilkudziesięciu podejrzanych, wykryto składy materiałów wybuchowych i znaleziono wiele dowodów umożliwiających dalsze poszukiwania talibów.
Udało się wówczas przejąć inicjatywę operacyjną i informacyjną, co w efekcie zmieniło spojrzenie na Polaków przez samych Afgańczyków. I ku zaskoczeniu, wywołało ogromne zainteresowanie w Polsce: „Bardzo zdziwiła nas masa komentarzy w mediach krajowych. Podobne operacje przeprowadzaliśmy już wcześniej, ale dopiero ta z czerwca 2009 roku wzbudziła tak wiele emocji. Był to kolejny przykład, jak niezwykle istotne jest kontrolowanie obszaru medialnego, stanowiącego integralny element współczesnego pola walki”, tłumaczy gen. Andrzejczak.
Skarbnica doświadczeń
Wkrótce po wypełnieniu misji w operacji afgańskiej gen. bryg. Rajmund T. Andrzejczak ukończył studia w Royal College Defence Studies w Londynie, a następnie objął dowodzenie 17 Wielkopolską Brygadą Zmechanizowaną. Trudno sobie wyobrazić lepsze miejsce do praktycznego wdrażania zebranych na wojnie doświadczeń: „W operacji afgańskiej nie mieliśmy się czego wstydzić. Nasze rosomaki czy wyposażenie indywidualne nie odbiegały od nowoczesnych standardów. Dziś użycie w codziennym szkoleniu w kraju lotnictwa CAS [Close Air Suport], śmigłowców CCA [Close Combat Attack], bezzałogowców, zgrupowań taktycznych, nowe architektury stanowisk dowodzenia i wprowadzanie elementów walki w sieci nie byłyby możliwe bez wcześniejszych doświadczeń spod Hindukuszu”, przypomina generał. „W klimat zachodzącej rewolucji misyjnej znakomicie wpisują się brygadowi weterani afgańscy, wśród nich szef sztabu brygady, mój pomocnik do spraw podoficerów, dowódcy batalionów, wielu dowódców kompanii, świetni podoficerowie i ratownicy medyczni”.
Dowódca „siedemnastki” podkreśla wielopoziomowość i rozległość doświadczeń gromadzonych na kolejnych etapach operacji zagranicznych, dających niezwykłe możliwości, których w krajowych warunkach nie miało dotąd wielu wysokich rangą dowódców przez lata służby: „Korzystaliśmy w Afganistanie z niezwykle zaawansowanych technologii, centrum operacyjne miało możliwość śledzenia wojsk własnych czy podglądu z UAV. Dowódcy kompanii, plutonów czy patroli mieli dostęp do techniki znanej im wcześniej tylko z Discovery Channel. Drogi rozminowywały zespoły RCP, mieliśmy możliwość rozpoznania osobowego, radiowego i zakłócania. Szybko pojawiły się specjalistyczne pojazdy przeciwminowe klasy MRAP…”.
Ostrożnie z „klasyką”
Wynikające z dorobku irackiego i afgańskiego programy, wprowadzające do armii nowoczesne uzbrojenie i sprzęt, między innymi KTO Rosomak, ppk Spike, UAV, sieciocentryczne systemy wsparcia dowodzenia, nowe śmigłowce, napawają gen. Andrzejczaka optymizmem. Niepokój zaś budzą zarządzanie zasobami ludzkimi i polityka kadrowa, zwłaszcza w odniesieniu do podoficerów, którzy w Iraku i Afganistanie byli przykładem odwagi, inicjatywy, wspomagali w wykonywaniu zadań bojowych młodych oficerów. Obawy generała wynikają także z prób powrotu do „klasyki”, niepasującej do współczesności: ociężałych struktur, archaicznego i schematycznego szkolenia, mogących wywołać regres w rozwoju nowej myśli oraz utratę nabytych umiejętności. „Przez kilkanaście lat wszystko podporządkowywaliśmy misjom poza granicami kraju. Obecnie należy szybko i precyzyjnie zdefiniować scenariusze ćwiczeń i adekwatnie do zagrożeń zmieniać kształcenie oficerów, szkolenie wojsk, struktury jednostek. Nadszedł czas na weryfikację, kto i czego się w tych operacjach nauczył i czy potrafimy właściwie wykorzystać zdobyte doświadczenia”.
Dziś żywo reagujemy na wydarzenia za granicą, na potencjalne zagrożenia. Zarazem niektórzy próbują deprecjonować operacje, w których uczestniczyliśmy w Afganistanie. Robią to zwłaszcza ci, którzy tam nie byli. Nieco życzeniowe podejście do zmian w taktyce, sentymentalne zwracanie się do armii minionej epoki lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, generał uważa za naiwne i oderwane od rzeczywistości. Może to, jego zdaniem, doprowadzić do tego, że podobnie jak w Iraku czy Afganistanie, zaskoczeni sytuacją, znów będziemy musieli uczyć się „nowej wojny”. Trzeba więc zrobić wszystko, aby doświadczenia z naszych operacji ekspedycyjnych wykorzystywać w codziennym szkoleniu. Warto też zadbać o to, żeby struktury i zdolności sztabów – dywizji, brygady, batalionu – były adekwatne do zadań i współczesnych zagrożeń.
autor zdjęć: Robert Suchy/combat camera dorsz
