moja polska zbrojna
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje w Polsce Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych, zwane także RODO).

W związku z powyższym przygotowaliśmy dla Państwa informacje dotyczące przetwarzania przez Wojskowy Instytut Wydawniczy Państwa danych osobowych. Prosimy o zapoznanie się z nimi: Polityka przetwarzania danych.

Prosimy o zaakceptowanie warunków przetwarzania danych osobowych przez Wojskowych Instytut Wydawniczy – Akceptuję

O złym Mikołaju w Afganistanie

Wigilia 2013 w Afganistanie. Sygnał „Sztorm” oznaczał szybkie rozpoczęcie działania. W miejscowości Nani „wywalił” ładunek wybuchowy. Polecieliśmy śmigłowcami Mi-17. My weszliśmy wyżej, a drugi zaczął kręcić manewry obrony przeciwlotniczej. Ludzie dziwnie gromadzili się, obserwując zajście. Nagle w słuchawkach odezwał się głos dowódcy drugiej załogi: „Dostaliśmy…”.


Wyszedłem przed swój drewniany pałacyk z ręcznikiem w ręku i tubą jakiegoś obcojęzycznego płynu do kąpieli. Drewniany pałacyk – pomyślałem – trochę taki domek z kart, tylko trwalszy. Twór Kazia, króla pustyni, co zastał kraj piaszczysty, a zostawił drewniany – zaśmiałem się w duszy. Bichata – barak, który służył nam praktycznie za wszystko przez siedem miesięcy, tego ranka świecił pustkami. Niezwiązani żadną służbą żołnierze zalegali jeszcze w łóżkach. Gdzieniegdzie tylko słychać było szmer dobiegający z klitek strzelców pokładowych – większość z nich już po śniadaniu wypełniała sobie czas, czekając na wezwanie do wspólnej zabawy mikołajkowej z tymi, którzy niekoniecznie cenią sobie naszą obecność w tym kraju. Mikołaj – w tym przypadku czarnobrody i nieobliczalny – lubił wypchać skarpetę jakimś ładunkiem wybuchowym lub przesłać go w formie bezpośredniej – rakietą – pod wskazany adres. Była wigilia 2013, a my mieliśmy dyżur Sił Szybkiego Reagowania – QRF. My, czyli lotnicza zgraja Samodzielnej Grupy Powietrznej.

Dzyń, dzyń, dzyń zamiast prysznica

Właśnie, dyżur – pomyślałem sobie i zorientowałem się, że nie wziąłem tego najważniejszego – Iloma. Czyli radia zapewniającego mi szybki kontakt z dowódcą załogi, który w razie alarmu zwoła wszystkich do natychmiastowego stawienia się na TOC-u (Taktyczne Centrum Dowodzenia, mózg bazy wojskowej – przyp. red.).

Pomimo panującej pory roku laczki, krótkie spodenki i polar w zupełności wystarczyły, żeby zabezpieczyć mój spacer pomiędzy prysznicem i  bichatą, które znajdowały się parędziesiąt metrów od siebie. Kolejne pytanie, które sobie zadałem, to czy będzie ciepła woda. Myślę że tak, przecież jest ranek i większość śpi – pomyślałem. Wieczorem, zapomnij. Za duże zagęszczenie żołnierza na litr – wysnułem z uśmiechem ten głupkowaty obyczajowy paradygmat dotyczący płynów. Rozpocząłem standardową procedurę – zrzut ciuchów, wejście pod prysznic (udało się, jest ciepła), no i rozkoszne obmywanie się z afgańskiej atmosfery, którą człowiek oblepia się całą dobę. Tuba do ręki, strzał płynu na dłoń i produkcja piany na głowie… Rozmyślanie o tym, co w domu i jak będzie wyglądał wieczór z towarzyszami broni. Nic nie niepokoiło moich myśli, gołąbków na gazie przecież nie zostawiłem – uśmiecham się szorując głowę. Żarówek na choince przed wyjazdem z domu nie musiałem wyłączać – jestem przecież tysiące kilometrów od rodziny. Ciekawe, co u nich. I nagle słyszę to, co słyszałem parę razy wcześniej podczas tej zmiany. „Sztorm! Sztorm! Sztorm!”. Niczym „Dzyń, dzyń, dzyń” z dzwonków Mikołaja – tylko tego złego. Ciekawe, co nam przyniósł w tym roku.

Sygnał „Sztorm” dla załóg QRF oznaczał szybkie udanie się na TOC w celu zapoznania się z sytuacją i rozpoczęcia działania. Coś się działo, tylko nie wiadomo jeszcze co. Kiedy w pierwszym momencie słyszysz ten sygnał, rzucasz wszystko i biegniesz do miejsca zbiórki. Dla nas był to TOC SGP, który służył też za domek pilota. Swoisty „Biały Dom” Samodzielnej Grupy Powietrznej – miejsce, w którym przygotujesz się do lotu, ponarzekasz dowódcy, pobierzesz część sprzętu i gdzie rozpoznawczy postraszy cię, że w wiosce, do której lecisz, mają Stingery lub temu podobne. Po wykonanej misji można było też pograć w bilard. Była nawet liga, w której jednak prowadziły niższe stopnie oficerskie.

Walnęło, to walnęło, po co drążyć

W biegach po bazie na gwizdek „Sztorm!” byliśmy mistrzami świata. Objuczeni sprzętem niczym babcia z torbami po udanym szturmie na stragan, w dwie, trzy minuty byliśmy w stanie znaleźć się na sali odpraw i wysłuchać wytycznych do lotu. W kamizelce z glauberytem i „krótką”, z pokrowcem na hełm lotniczy i plecakiem „ucieczkowym” przybyłem więc tego dnia na TOC. Coś kapało mi na kark. Nie byłem tylko pewien czy to pot, czy piana…

Wkrótce okazało się, że kilkanaście kilometrów na południe od nas, w miejscowości Nani, „wywaliło” przy drodze ajdika, czyli improwizowany ładunek wybuchowy. Żadna nowość w sumie. Widać zły Mikołaj się nie obija. Podrzucił skarpetę z ładunkiem on sam, albo jeden z armii tysiąca skrzatów – najemników, zjeżdżających do piaszczystej i górzystej „Laponii”z całego świata. Mamy z góry ubezpieczać pracę saperów. Chwilę później siedzieliśmy w śmigłowcach Mi-17. Standardowa procedura. Technik na rozkaz dowódcy załogi uruchamia silniki. Drugi z pary śmigłowców melduje gotowość do kołowania. Stoimy na pasie, startujemy. Włączam do pracy systemy obrony biernej śmigłowca, które mogłyby uratować nam tyłek, gdyby rozpoznawczy jednak się nie mylił. Rosjanie testowali podobne trzydzieści lat temu. Przypomniałem sobie książkę gen. Gotowały, w której podał, że wbrew opinii o wszechmocy Stingerów tylko jedną czwartą wszystkich zestrzeleń w konflikcie lat 80. XX wieku przypisuje się właśnie im. Zresztą, czy oni je w ogóle mają i czy mają do nich części? – uspokoiłem się w myślach. Zajmij się zadaniem, to jest najważniejsze. Poprawiłem się w fotelu i podałem współrzędne do celu, jako drugi pilot byłem odpowiedzialny za nawigację.

Nad celem znaleźliśmy się parę minut później. Czas w powietrzu leci szybciej, tam szczególnie. W dole przy drodze stały zielone samochody terenowe afgańskiej policji, obstawiały lej po wybuchu. Saperów jeszcze nie było, czekali na nich. Dzyń, dzyń, dzyń, nadlatujemy. My i nasze zielone sanie. Rozkazem dowódcy ustawiliśmy się dwoma śmigłami po przeciwległych stronach miejsca zdarzenia i zaczęliśmy zataczać krąg, obserwując otoczenie. Cóż, za słowami wieszcza: „Walnęło, to walnęło, po co drążyć” – tłumaczyłem sobie niegroźną na pierwszy rzut oka sytuację i brak poszkodowanych, wmawiając sobie jednocześnie, że pewnie zaraz się stąd urwiemy… Pewnie…

„Dostaliśmy…”

Po paru minutach lotu zauważyliśmy dziwne zachowanie funkcjonariuszy ANP, którzy machali do nas gorączkowo, wskazując jednocześnie ręką kierunek wschodni. Ci goście byli naprawdę podgrzani. Staraliśmy się na bieżąco analizować sytuację i dojść, o co może chodzić. Wariant pierwszy: „oni” tam uciekli. Wariant drugi: „wy” tam uciekajcie. Wariant trzeci: „cholera wie”. I tą trzecią opcję głównie postanowiliśmy sprawdzić.

Rozdzieliliśmy się – drugie śmigło ubezpieczało nas z góry, w czasie gdy my polecieliśmy nad zabudowania lotem maskującym. Dwóch strzelców pokładowych w burtach obserwowało otoczenie. Tylny strzelec zaciskał obie ręce na zamontowanym niedawno „minigunie”. Po paru kręgach nad podejrzanym rejonem zamieniliśmy się miejscami; my weszliśmy wyżej, a śmigło towarzyszące zaczęło kręcić manewry obrony przeciwlotniczej. Ludzie dziwnie gromadzili się na miejskim bazarze, obserwując zajście. Chwilę później w słuchawkach odezwał się głos dowódcy drugiej załogi: „Dostaliśmy…”.

„Dostaliśmy z Polski najgorętsze życzenia dla wszystkich mieszkańców bazy w Ghazni” – nagle ocknąłem się, widząc twarz Durczoka na ekranie telewizora. Kilka minut wcześniej, wpatrzony w blok reklamowy poprzedzający specjalne wydanie „Faktów”, odpłynąłem myślami gdzieś dalej. Mój umysł ubrany w pilockie śpiochy i hełm lotniczy poszybował na zadanie, które sam sobie wykreował na podstawie przeżyć z ostatnich dwóch miesięcy. Bo tyle tu siedzę… Była wigilia 2013 roku, trwała XIV zmiana, a ja miałem sam służbę na TOC-u Samodzielnej Grupy Powietrznej. Tym samym, o którym rozmyślałem przed chwilą. Z tą różnicą, że nikogo nie było. Panowała cisza, przerywana tylko przez reportaż świąteczny nadawany z Afganistanu w jednej z telewizyjnych stacji. Megafony nie krzyczały „Sztorm!” i dzieliły się z ciszą opłatkiem. W bichatach niektórzy żołnierze jedli barszcz i lepione przez siebie pierogi z miejscowej mąki. Śpiewano kolędy. Ja pełniłem 24-godzinną służbę,  żołnierska rzecz. Do dyspozycji miałem cały TOC, stół do bilarda, komputer i telewizor. No i suchą rację amerykańską, w razie gdyby na myśl o polskim stole pociekła mi ślinka. Szybką kolację z kolegami zjadłem wcześniej, teraz trzeba było siedzieć przy radiu.

Każdy ma swoją misję

Czekając na program, zniechęcony scenami z czerwoną ciężarówką w telewizji, zacząłem sobie wyobrażać ten dzień inaczej. Co by było, gdybym miał dyżur QRF i sygnał „Sztorm!”? Co by było podczas lotu, na zadaniu… Tylko po co? Złapałem się na tym, że w wigilię, patrząc tępym wzrokiem w telewizor, myślę właśnie o tym. Czemu nie o rodzinie? Tylko to powinno być teraz ważne. Niedosyt przeżyć? Może za dużo Hartlockera i wojennych westernów przed wyjazdem … A może za dużo wrażeń i strach o to, żeby chociaż w takim dniu los nam odpuścił. Ciekawość czy obawa? Zresztą, czy to teraz ważne? Mam jeszcze dwie minuty na telefon i sprawny internet – pocieszyłem się w duszy. Zaraz utnę sobie pogawędkę z żoną i synkiem. Mamy dobrze, to znaczy lepiej niż mieli kiedyś. Starsi koledzy opowiadali, jak wyglądały kiedyś pierwsze formy „skajpa”, kiedy żona sadzała dziecko przy stoliku, na którym stało zdjęcie taty i dawała mu słuchawkę do ręki. Mamy lepiej, zdecydowanie.

„Polacy spożywają tradycyjne potrawy w ciągłej obawie o zdrowie bliskich przebywających na misji…” – słyszę głos Durczoka. I rozmyślam dalej. Właśnie, misja. Wszyscy mają jakąś misję. Misją Wojtka z klasy pierwszej liceum jest przeskoczenie do klasy drugiej, a nawet wyżej. Kasi towarzyszy konieczność wyrobienia jak najlepszego wizualnego „piaru” przed randką z Wojtkiem. A Karolowi – podstawienie Wojtkowi nogi w czasie WF-u, żeby nie trafił na randkę z Kasią. Bo Kasia to jego misja. I kasa... Dla innych kasa z wódką, dla kolejnych wódka bez kasy; dla jeszcze innych wódka i kasa bez klasy. Są tacy, którzy chcą przeczytać wszystko, co spłodził Reymont. Inni sądzą, że wszystko przeczytali i wszystko wiedzą – ich misją jest pouczanie wszystkich wokół.

Co jest moją misją? Na dziś? Pełnić dobrze służbę na TOC-u. Na jutro? Wykonać dobrze zadanie lotnicze. Na pojutrze – przetrwać to i wrócić do rodziny. Uśmiechnąłem się do siebie, wstałem i zostawiając wywody Durczoka w tyle poszedłem w kierunku pomieszczenia, w którym stoi telefon. Jeszcze tylko długi ciąg cyfr i usłyszę rodzinę. Powiem im „Wesołych Sztorm!”, hmm… to znaczy „Wesołych Świąt”.

Praca nadesłana na konkurs „Święta Bożego Narodzenia na służbie”.

ppor. Daniel Orłowski , 1 Dywizjon Lotniczy

autor zdjęć: Krzysztof Kowalczyk

dodaj komentarz

komentarze

~arczi
1451463720
:-)
29-1C-07-36
~cxarna
1451377860
:)
08-6F-C4-CC
~elizabeta
1451375700
SUPER
30-52-13-EB
~pp2805
1451330040
Super !!:)
D0-A7-6B-E4
~MsAika88
1451329740
chat
94-BC-DB-3E
~Mlody
1451324940
dobry KOZAK jestes...
AD-6B-47-F3
~Lionneit
1451321100
Ciekawa koncepcja
23-E4-9A-89
~Michał K
1451297760
Elegancki art, jakbym tam był :) Pozdro Daniel !
13-5B-15-6B

Groźny incydent w Libanie
Biało-czerwona na Monte Cassino
Polska i Kanada zacieśniają współpracę zbrojeniową
Ogniowy debiut polskich AH-64D
Tatuaże pod mundurem
SAFE – czas kontraktów
Rosyjski dron uderzył w Rumunii
Wyposażenie osobiste i pojazdy dla logistyki z SAFE
Strzały na granicy. Żołnierz uniewinniony
Zmiana resortowych planów: jeszcze więcej OPW
Syndrom Karbali
SAFE dla Tarczy Wschód
Pracownik zbrojeniówki podejrzany o szpiegostwo
Symbol skupiający wiele znaczeń
Wsparcie ma znaczenie
Odbić farmę z rąk przeciwnika
Historyczny dzień z SAFE w Stalowej Woli
Pierwsze umowy z SAFE
Polsko-kanadyjska współpraca
Szef MON-u o obecności wojsk USA: reorganizacja, nie redukcja
Pierwsze pieniądze z SAFE już w Polsce
Specjalsi: mała, wielka siła
Blizny, których nie widzimy
SAFE dla marynarki
Podziemny szpital na trudne czasy
Drony z SAFE
Australijską armią będzie dowodzić kobieta
Rosomaki zamówione. To ostatnie krajowe umowy z SAFE
Śledztwo w sprawie „snajperskiego safari”
Równanie z „Iksem”
„Wulkan” w programie „Ratownik”
Ustawa o obronie ojczyzny – pytania i odpowiedzi
Ślady, których nie widać
Kraków zaprosił weteranów
WOT pomaga gasić ogromny pożar na Mazowszu
Początek wielkiej historii
Czy amunicja do Patriotów powstanie w Polsce?
Wypadek w PKW UNIFIL
Pilecki – mniej znane oblicze bohatera
Traktat o partnerstwie z Wielką Brytanią
Przed misją w Rumunii
Strzelcy wyborowi muszą się lubić
NATO i USA o Iranie
Rekordowy XII Ćwierćmaraton Komandosa
Ochrona lasu dla obronności
Rumuni rozdzielają środki z SAFE
Florecista i kajakarka na pucharowym podium
Leopardy 2PL na podium
Roboty saperskie bez tajemnic
Bez patosu o misjach
Pływacy „Czarnej Dywizji” znów najlepsi
Generał z cienia
Rosyjskie myśliwce przechwycone nad Bałtykiem
Nie tylko USA, również Kanada. Współpraca transatlantycka Polski
Wyższe diety i rozłąkowe dla żołnierzy
Żołnierze na podium imprez w strzelectwie i kajakarstwie
Marsz prawdę ci powie
Celne oko strzelców z „armii mistrzów”
Czerwieńsze będą…
Polsko-estońska współpraca
Oddawanie krwi to cichy akt odwagi
Sprawdzian na Bornholmie
SAFE: jest kolejna umowa – na dostawę amunicji
Tu nie ma miejsca na błędy
Kontrakty z SAFE: pojazdy, drony, satelity
Od cyberkursu po mundurówkę
Masz problem prawny? Pomogą studenci ASzWoj-u
Bez zmian w emeryturach
Adaptacja i realizm

Ministerstwo Obrony Narodowej Wojsko Polskie Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wojska Obrony
Terytorialnej
Żandarmeria Wojskowa Dowództwo Garnizonu Warszawa Inspektorat Wsparcia SZ Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Agencja Uzbrojenia

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO