W wieku 31 lat został majorem. Wypadek przerwał dobrze zapowiadającą się karierę wojskową. Sportową rywalizację zamienił więc na rozgrywki umysłowe. Dobrze mu idzie.
Major Tomasz Rżewski pochodzi z rodziny, która zawsze pielęgnowała patriotyczne tradycje. Prapradziad za udział w powstaniu styczniowym stracił majątek ziemski, dziadek, uczestnik rewolucji 1905 roku w Łodzi, został zesłany na Syberię, skąd brawurowo uciekł, a w 1919 roku w niepodległej Polsce został pierwszym prezydentem Łodzi. Zginął w listopadzie 1939 roku, rozstrzelany przez hitlerowców za organizowanie łódzkiej komórki Służby Zwycięstwu Polski. W czasie II wojny światowej jeden stryj, oficer Armii „Łódź”, ranny dostał się do niewoli, drugi – podporucznik AK pseudonim „Fernando” – poległ w grudniu 1943 roku w akcji pod Biłgorajem.
Czy pochodząc z takiej rodziny, Tomasz Rżewski mógł wybrać inną karierę niż ta w mundurze?
W błękitnym hełmie
W 1974 roku Tomasz Rżewski skończył Wojskową Akademię Techniczną i rok później wyjechał na Bliski Wschód w ramach oenzetowskiej misji UNDOF.
„Znałem biegle francuski i angielski, co na początku lat siedemdziesiątych XX wieku było w wojsku niezwykle rzadkie”, wspomina. Przez sześć miesięcy był tłumaczem na wzgórzach Golan.
Żołnierze w błękitnych hełmach pilnowali, aby przestrzegane było porozumienie pokojowe między Syrią i Izraelem. Polski kontyngent logistyczny odpowiadał wtedy głównie za transport wody, żywności i innych materiałów. Major wspomina, że trzeba było uważać głównie na miny, choć takie przypadki jak ten, gdy jeep z austriackimi żołnierzami zboczył pół metra z drogi i wyleciał w powietrze, nie zdarzały się często. Polakom dopisało szczęście i 78 żołnierzy wróciło po zakończonej służbie do kraju całych i zdrowych.
W 1982 roku major Rżewski ponownie wyjechał na Bliski Wschód. Tym razem był oficerem transportowym w kwaterze głównej UNDOF w Damaszku. Min było mniej. Czasem w powietrze wylatywało stado kóz, gdy pastuch zboczył z drogi. Poszkodowani żołnierze z tamtego okresu to głównie ofiary wypadków komunikacyjnych.
Ofiarą takiego wypadku padł także major Rżewski. 3 maja 1983 roku wyjeżdżał z obozu, gdy stracił nagle panowanie nad volkswagenem passatem. Samochód uderzył bokiem w wielki głaz. Okoliczności tego zdarzenia nie zostały wyjaśnione. Auto było świeżo po przeglądzie. Potem dowiedział się, że złamana była przednia oś koła, nawet podejrzewano, że mogła zostać podpiłowana. „No cóż, walka wywiadów bywa czasem bezwzględna”, mówi major.
Doznał poważnych obrażeń: pęknięta czaszka, oskalpowana głowa, złamanie kompresyjne kręgosłupa szyjnego z uciskiem na rdzeń. Rezultatem wypadku był niemal całkowity paraliż.
W latach osiemdziesiątych Polska nie utrzymywała stosunków dyplomatycznych z Izraelem, więc zamiast do szpitala w Tel Awiwie trafił do Damaszku. Pięć dni czekał na samolot do Polski. W kraju dowiedział się, że gdyby operacja odbyła się w ciągu 24 godzin, miałby szansę wyjść z tego wypadku bez wielkiego uszczerbku na zdrowiu.
Stało się jednak inaczej. „Całkowity inwalida”, orzekła komisja lekarska i przyznała mu I grupę inwalidzką. Czekała go ciężka rehabilitacja. Nie poddał się, postanowił walczyć. Tym razem o własną sprawność fizyczną. Dziś dzięki wieloletniej i systematycznej rehabilitacji samodzielnie się porusza. Duża w tym zasługa żony, która jest rehabilitantką.
Gram nałogowo
Musiał odnaleźć się poza wojskiem. „Mam twardy charakter i duszę sportowca, lubię współzawodnictwo, ale wypadek wykluczył mnie z takiej rywalizacji”, przyznaje. Ciało było ułomne, ale umysł pozostał sprawny, znalazł więc niszę i wyspecjalizował się w teleturniejach. Major zaczął od „Jednego z dziesięciu” w 1995 roku. Potem były kolejne: „Miliard w rozumie”, „Va banque”, „Kochamy polskie seriale”, „Kochamy polskie komedie”, „Krzyżówka szczęścia”.
Występował już ponad 50 razy w kilkunastu różnych teleturniejach. Największe szczęście dopisało mu w „Miliardzie w rozumie” – w 2004 roku wygrał cztery kolejne odcinki.
W czerwcu 2012 roku przeszedł eliminacje do teleturnieju „Jeden z dziesięciu”. Z 20 pytań trzeba było odpowiedzieć na 15. Nie odpowiedział tylko na jedno: „Co następuje po zasianiu maku?”. Prawidłowa odpowiedź brzmi: cisza.
Jak przygotowuje się do startu w teleturniejach? Ogląda wszystkie programy i nagrywa. Zapisuje pytania, na które nie zna odpowiedzi. Potem szuka ich w leksykonach i atlasach.
W teleturnieju „Kochamy polskie seriale” na własne życzenie stracił 100 tysięcy złotych. Pytanie brzmiało: „Kto w «Janosiku» jechał do zamku do hrabiego i jego córki jako narzeczony?”. Znał właściwą odpowiedź, że był to podskarbi krakowski, ale jakaś siła wyższa poplątała mu język i powiedział „podkanclerzy”.
„Co to jest libacja?” – takie pytanie padło w teleturnieju „Va banque”. Aby odpowiedzieć prawidłowo, trzeba było sięgnąć do greckiej tradycji, w której była to ofiara dla bóstwa: na ołtarz wylewano wino lub oliwę.
Major Rżewski ucieszył się, gdy weszła w życie ustawa o weteranach działań poza granicami państwa. Nowe prawo zapewnia takim jak on łatwiejszy dostęp do rehabilitacji. Gdy otrzymał legitymację weterana poszkodowanego, liczył, że dzięki ustawie ma także szansę na lepszy sprzęt rehabilitacyjny.
200–300 metrów przechodzi o własnych siłach, na dalsze trasy wybiera się na wózku. Problemem są schody.
„Zdarzyło się, że podczas ćwiczeń rehabilitacyjnych wypadł mi dysk. Nie mogłem zejść ze schodów, żona z córką próbowały mnie zwieźć na wózku. Nie wiadomo, jak by się to skończyło, gdyby nie pomoc sąsiada”, opowiada major. Chciał wystąpić o schodołaz – wózek, który sam schodzi ze schodów i na nie wchodzi. Niestety, okazało się, że kosztujące 18 tysięcy złotych urządzenie nie jest uważane za sprzęt ortopedyczny.
Mimo stuprocentowego uszczerbku na zdrowiu Tomasz Rżewski działa w Łódzkim Związku Inwalidów Narządu Ruchu. Namawia innych, aby nie siedzieli w domu, ale wychodzili do ludzi.
„Uwielbiałem sportową rywalizację, w mistrzostwach wojsk ONZ w Syrii zdobyłem kilka medali w różnych dyscyplinach. Teraz kontynuuję tę rywalizację, tym razem w brydżu sportowym. Moim partnerem w grze jest osoba niewidoma, wielokrotny mistrz Polski w turniejach szachowych dla niewidomych. Nasza drużyna niepełnosprawnych z powodzeniem rywalizuje w lidze okręgowej brydża sportowego z zawodnikami zdrowymi”, opowiada.
Rzecznik stowarzyszenia
Od 2010 roku Tomasz Rżewski jest członkiem Stowarzyszenia Kombatantów Misji Pokojowych ONZ.
„Wyguglowałem ich w internecie”, przyznaje. „Jestem weteranem, a dzięki stowarzyszeniu spotykam się z kolegami z oenzetowskich misji, wspominamy dawne czasy, czuję z nimi wspólną więź przeszłości”, dodaje. Koledzy uważają, że major jest „mocnym ogniwem” ich koła: aktywny, pełen pomysłów.
„Tomasz ma największe wsparcie w rodzinie, ale może również liczyć na pomoc kolegów z naszego stowarzyszenia”, mówi Eugeniusz Lipert, prezes łódzkiego koła Stowarzyszenia Kombatantów Misji Pokojowych ONZ. „Organizujemy mu transport na zebrania czy okolicznościowe spotkania. Mimo niepełnosprawności pozostaje aktywny społecznie. Udziela się w organizacjach zrzeszających osoby niepełnosprawne. Jest także nieetatowym rzecznikiem naszego stowarzyszenia, delegujemy go do występów w programach telewizyjnych czy radiowych, bo dobrze w nich wypada”.
Podczas tegorocznych uroczystości z okazji Dnia Weterana na terenie wojskowej parafii świętego Jerzego w Łodzi odsłonięto tablicę upamiętniającą udział żołnierzy garnizonu Łódź w misjach zagranicznych w latach 1953–2012. Major Tomasz Rżewski został odznaczony medalem za zasługi dla Stowarzyszenia Kombatantów Misji Pokojowych ONZ.
autor zdjęć: Małgorzata Schwarzgruber
