Jedno z najbardziej znanych zdjęć w historii polskiego tenisa obrazuje najlepszego naszego gracza okresu międzywojennego, Ignacego Tłoczyńskiego, niesionego na rękach przez kibiców. Owi kibice to mężczyźni pod krawatami, w marynarkach i kapeluszach. Można przypuszczać, że wcześniej siedzieli w lożach honorowych i mieli najbliżej do bohatera. Szary tłum widać w głębi, na wypełnionych po brzegi trybunach kortu Legii w Warszawie.
Tłoczyński zasłużył sobie na ten szczególny transport do szatni ciężko wywalczonym, pięciosetowym zwycięstwem nad Niemcem Roderichem Menzelem w pojedynku, który odbył się w ramach meczu o Puchar Davisa wiosną 1939 roku. Termin mówi sam za siebie. Stosunki z Niemcami były już bardzo napięte, wojna wisiała
w powietrzu. I oto Ignac pobił najpierw Hennera Henkela, a potem wspomnianego Menzela. Ludzie oszaleli ze szczęścia, choć cały mecz z Niemcami nasi przegrali 2:3.
Patriotyczne wątki pojawiały się w sporcie zawsze wtedy, gdy nasi grali z Niemcami albo Rosją. Piłka nożna, tenis, boks czy siatkówka stawały się swoistym rozliczeniem za bolesne wydarzenia z przeszłości. Dla kibiców okresu międzywojennego były to zabory, dla powojennych – powstanie, zsyłki i Katyń. Nikt rzecz jasna głośno tego nie mówił, ale każdy wiedział, o co chodzi, gdy fetowano zwycięstwo naszych piłkarzy nad Związkiem Radzieckim w 1958 roku. Dwie bramki Gerarda Cieślika oglądało na Stadionie Śląskim w Chorzowie 100 tysięcy widzów. Strzelca goli – jak Tłoczyńskiego w 1939 roku – zniesiono z boiska na rękach.
Wątek patriotyczny w starciu z obydwoma sąsiadami był dla naszych reprezentantów potężnym środkiem dopingującym. Wyrównywali dzięki temu różnicę w sportowych umiejętnościach. Hokeiści pokonali w 1976 roku w Katowicach Rosjan 6:4, choć przed meczem ich szanse na zwycięstwo nad wielokrotnymi mistrzami świata oceniano na bliskie zeru. O tym, że ów niespodziewany sukces był efektem nadzwyczajnej mobilizacji, świadczy zresztą ciąg dalszy turnieju. Nasi hokeiści przegrali wówczas kolejne mecze i nie utrzymali się w najsilniejszej grupie rozgrywek o mistrzostwo świata.
Pyrrusowe zwycięstwa Tłoczyńskiego, piłkarzy (we wspomnianym 1958 roku przegrali rywalizację z Sowietami o awans do finałów mistrzostw świata) oraz hokeistów dały ludziom w Polsce wiele radości, ale były jednocześnie potwierdzeniem pewnej historycznej prawidłowości, wedle której potrafimy wygrywać tylko poszczególne bitwy. Zadali temu kłam siatkarze Huberta Wagnera, którzy w latach siedemdziesiątych XX wieku pokonywali bardzo mocny zespół ZSRR, by potem zdobyć mistrzostwo świata i złoty medal olimpijski. Wagner dobierał nawet zawodników pod kątem spotkań z Sowietami. Odsunął od drużyny jednego z bardzo dobrych graczy, który odczuwał zbyt duży respekt, by nie powiedzieć lęk, wobec przyjaciół Moskali.
Po 1989 roku wątek patriotyczny w sporcie mocno się osłabił, ale chyba do końca nie zanikł, o czym świadczy gorąca atmosfera towarzysząca meczowi Polska – Rosja podczas Euro 2012. Wszystko jednak rozgrywało się poza murawą i trybunami Stadionu Narodowego. Na boisku, przypomnę, nasi zremisowali, co nie wywołało euforii wśród kibiców. Gdyby wygrali, a Kuba Błaszczykowski, tak jak Gerard Cieślik, zdobył dwa gole, byłyby jakieś podstawy do porównań. Z tym że noszenie na rękach hipotetycznego bohatera trzeba by z góry wykluczyć. Wstępu na płytę nie mają dziś nawet ci w marynarkach i krawatach.
