Premier Beniamin Netanjahu twierdzi, że jego państwo jest w stanie zaatakować irańskie instalacje nuklearne, a prezydent Mahmud Ahmadineżad zapewnia, że odpowie siłą. Kto ma większe szanse zwyciężyć w bezpośrednim starciu?
Stosunki na linii Teheran – Tel Awiw za czasów szacha Mohammada Rezy Pahlawiego układały się bardzo dobrze. Iran jako drugie państwo islamskie uznało państwo żydowskie już w roku 1950. Rozwijano stosunki gospodarcze, polityczne i w dziedzinie bezpieczeństwa, wszak oba kraje były związane sojuszem ze Stanami Zjednoczonymi i oba obawiały się wzrostu tendencji panarabskich (przy wsparciu ZSRR) w regionie.
Wszystko zmieniło się w 1979 roku wraz z nadejściem rewolucji islamskiej i obaleniem szacha Pahlawiego. Jego miejsce zajął ajatollah Chomeini, który ustanowił demokrację islamską. Reżim otwarcie demonstrował swoją wrogość wobec Izraela i Stanów Zjednoczonych, a druga strona nie pozostawała dłużna. Spirala wzajemnych oskarżeń i wrogości może zamienić ten konflikt w otwartą wojnę, której konsekwencje będą tragiczne dla obu stron i całego regionu.
Potencjał militarny stron
Pytanie, czy dojdzie do izraelskiego ataku na Iran, pozostaje otwarte. Scenariuszy można przewidzieć kilka. Jeden z nich zakłada uderzenie w instalacje nuklearne, co ma pozbawić Irańczyków marzeń o zdobyciu broni atomowej. To dużo tańsze i łatwiejsze do wykonania niż wojna konwencjonalna z użyciem wszystkich rodzajów wojsk, która wymaga ogromnych nakładów pieniędzy, wojska i wsparcia ze strony sojuszników. Ten scenariusz jest więc o wiele mniej prawdopodobny.
W przypadku próby zniszczenia irańskich instalacji nuklearnych Izrael musiałby posłużyć się lotnictwem, w którego skład wchodzą między innymi amerykańskie samoloty Boeing F15A Eagle, F15B i F16A Fighting Falcons. Mimo najnowocześniejszej floty powietrznej taka operacja wcale nie będzie należeć do najłatwiejszych. Problemem jest trasa przelotu; pierwsza zakłada ominięcie Libanu i Syrii, i lot nad południową Turcją, druga – nad Jordanią i Irakiem, trzecia – nad Syrią i Irakiem, oraz czwarta – nad Arabią Saudyjską i ewentualnie Kuwejtem.
Jednak wszystkie cztery scenariusze niosą ze sobą ogromne ryzyko związane z naruszeniem obcej przestrzeni powietrznej, chyba że któraś ze stron zgodzi się ją udostępnić. Arabia Saudyjska w przeszłości składała takie deklaracje, jednak dzisiaj wcale nie musi tego zrobić. Mimo że w jej interesie leży powstrzymanie atomowych aspiracji Iranu, to oficjalne pozwolenie na taki atak wiązałoby się z potępieniem ze strony społeczności muzułmańskiej. Najprościej byłoby wykorzystać konflikt w Syrii i przelecieć nad jej terytorium, a dalej nad pozbawionym obrony przeciwlotniczej Irakiem lub wykorzystać jordańską, jak również iracką przestrzeń powietrzną.
Drugim problemem dla izraelskiego lotnictwa mogłaby być odległość, którą trzeba pokonać, a która przekracza możliwości przelotu bez tankowania. Po dotarciu do irańskiego terytorium izraelskie lotnictwo natrafiłoby na opór obrony przeciwlotniczej. Trzeba jednak przyznać, że opór ten będzie niewielki, głównie ze względu na przestarzały irański sprzęt, pamiętający czasy szacha Rezy Pahlawiego lub nawet i starszy. Jedyne nadające się w takiej sytuacji rosyjskie baterie rakiet S-300 Irańczycy mają w niewielkiej liczbie. Trwają prace nad ulepszoną wersją S-300 – rodzimym Bawar-373. Irańskie lotnictwo także może okazać się niezdolne do stawienia większego oporu.
Ostatnim etapem ataku mogłoby być zniszczenie instalacji nuklearnych, do czego Izrael może użyć bomb GBU-28 oraz słabszych, GBU-27 i GBU-10. Istnieje jednak ryzyko, że nie uda się zniszczyć instalacji w Fordo, gdyż chroniona jest przez 70 metrów skał.
Atak izraelskiego lotnictwa na konkretne cele w Iranie wiązałby się oczywiście z odwetem Teheranu, który mógłby użyć rakiet balistycznych Shahab-3, swoim zasięgiem bez problemu obejmujących teren Izraela. Obrona przeciwrakietowa państwa żydowskiego może jednak powstrzymać większość z wystrzelonych rakiet.
Mniej prawdopodobna jest wojna wykorzystująca wszystkie rodzaje wojsk obu armii. Nie opłaca się to ani jednej, ani drugiej stronie. W dużej mierze decyduje tu ekonomia – w przypadku wojny tego typu ceny ropy podskoczą bardzo mocno w górę, a sami Irańczycy zrobią wszystko, aby zablokować cieśninę Ormuz. Inna sprawa, że Iran nie ma zdolności operacyjnych do działań na tak odległym terenie. Dodatkowo należy pamiętać, że nałożone na reżim ajatollahów embarga skutecznie odcięły Iran od dostępu do zachodniego sprzętu, wykwalifikowanego personelu i części zamiennych. Uzbrojenie sprowadzane ze Wschodu jest również przestarzałe. Nie ma też wątpliwości, że armia tego państwa jest znacznie gorzej wyszkolona i wyposażona niż izraelska. Taki wariant wojenny wymagałby również ogromnych nakładów pieniężnych i wsparcia sojuszników, a także – co najważniejsze – pomocy państw z regionu. Na to się jednak nie zanosi.
Izrael nie ma ani tyle funduszy, ani możliwości wojskowych, aby samodzielnie prowadzić regularną wojnę z Iranem. Szczególnie że przy dziesięciokrotnie mniejszej liczbie ludności ma dużo mniej liczną armię niż Irańczycy.
Najważniejsi gracze
Wydaje się, że w obliczu sankcji nakładanych na Iran przez Zachód reżim Mahmuda Ahmadineżada jest osamotniony. Może jednak liczyć na pewne względy dwóch światowych graczy – Rosji i Chin. Mimo że oba te kraje, wchodzące w skład Rady Bezpieczeństwa Organizacji Narodów Zjednoczonych, wielokrotnie wyrażały zaniepokojenie z powodu możliwości zbudowania przez Iran broni atomowej i głosowały za kolejnymi sankcjami, to jednocześnie zastrzegają sobie prawo do prac nad energią jądrową.
I Chiny, i Rosja są także przeciwnikami rozwiązań siłowych tego konfliktu, skłaniają się raczej ku środkom dyplomatycznym. Według rosyjskich przywódców o wiele bardziej nieprzewidywalny niż atomowy Iran jest Pakistan, który już ma broń atomową.
Nie bez znaczenia są kwestie ekonomiczne. Iran to jeden z największych eksporterów ropy naftowej, posiada także ogromne zasoby gazu ziemnego i stanowi ogromny rynek dla rozwoju energetyki cywilnej. Rosja jest jednym z najważniejszych dostawców sprzętu wojskowego do Iranu, a Chiny znacznie inwestują w przemysł energetyczny. Sankcje nałożone na Iran spowodowały, że zachodnie firmy i inwestorzy zostali wyparci przez Chińczyków i Rosjan, którzy zapewnili sobie odpowiednio dużo miejsca na własne projekty. W interesie obu mocarstw leży stabilizacja w regionie, oba boją się także utraty wpływów po ewentualnym upadku reżimu ajatollahów i dojściu do władzy opcji prozachodniej.
Należy pamiętać o swoistej grze na linii Moskwa – Pekin. W razie gdyby Rosja albo Chiny zaostrzyły swoją politykę wobec Iranu, ten zwróciłby się w stronę jednego państwa, ograniczając wymianę gospodarczą z tym drugim. Na to nie mogą sobie pozwolić ani przywódcy Federacji Rosyjskiej, ani Chińskiej Republiki Ludowej.
W przypadku ataku na Iran rząd tego kraju mógłby posłużyć się także swoim wiernym sojusznikiem – Hezbollahem. Ta libańska partia polityczna, a zarazem organizacja społeczna i militarna, od lat wspierana jest przez reżim w Teheranie, z którym łączy ją wyznawany odłam islamu – szyizm. Część krajów uznaje ją za organizację terrorystyczną, jednak większość, w tym Unia Europejska, za legalną partię polityczną. Mimo radykalnego odcięcia się od fanatyzmu i sposobu działania Al-Kaidy, Hezbollah jest w stanie przeprowadzić zamach wymierzony bezpośrednio w placówki bądź obywateli izraelskich. Wielu ekspertów uważa, że Teheran mógłby w ramach zemsty pomóc którejś z grup terrorystycznych w uderzeniu nie tylko w obiekty izraelskie, lecz także amerykańskie.
Izrael z kolei wciąż liczy na swojego najwierniejszego sojusznika – Stany Zjednoczone. Podczas pierwszej kadencji Baracka Obamy niewiele się jednak w amerykańskim sceptycznym podejściu do wojny zmieniło. Bez wsparcia sojusznika zza oceanu Izrael może nie być w stanie przeprowadzić ataku na Iran.
Wojna (nie)możliwa?
Odpowiedź na pytanie, kiedy i w jaki sposób Izrael spróbuje powstrzymać program atomowy Teheranu, wcale nie jest prosta. Niemniej jednak prawdopodobne jest prewencyjne uderzenie na instalacje nuklearne. Izrael nie może sobie pozwolić na atomową przeciwwagę w regionie i gdy tylko uzna, że została przekroczona „czerwona linia”, zaatakuje Iran. Trzeba pamiętać, że wojsko izraelskie podobną operację już w przeszłości z sukcesem wykonało – uderzając w 1981 roku na instalacje w Iraku. Dzisiejsza sytuacja jest jednak zupełnie inna. Atak bez wsparcia Amerykanów wiąże się z ochłodzeniem wzajemnych stosunków i z „wojną” wewnątrz Izraela.
Zdecydowana większość obywateli tego kraju – w tym także najważniejsi decydenci, tacy jak prezydent Szymon Peres, niektórzy ministrowie, przedstawiciele sił zbrojnych czy wywiadu i część opozycji – jest przeciwna samodzielnym działaniom. Nieskuteczność takiego ataku podkreślał również były minister obrony Izraela Szaul Mofaz, według którego uderzenie bez wsparcia Waszyngtonu byłoby katastrofalne w skutkach i wcale nie zniszczyłoby atomowych aspiracji Teheranu. Po reelekcji Baracka Obamy sytuacja nie uległa zmianie – Biały Dom nadal jest przeciwny atakowi na Iran.
autor zdjęć: Israel Defence Forces
