DESANTOWIEC Z DOPALACZEM

AD-95 serii 3 jest konstrukcją unikatową. To spadochron desantowy z możliwością sterowania i włączenia „napędu”.

Spadochroniarstwo, jedna z najbardziej fascynujących dziedzin sportów ekstremalnych, a zarazem znakomity sposób na rekreację, rozwija się w zawrotnym tempie. Z cywilnego dorobku i doświadczeń skwapliwie korzystają siły zbrojne – zarówno z wymyślnych i nowoczesnych technologii, systemów szybkiego i bezpiecznego szkolenia, jak i z doświadczeń skoczków, nawet tak ekstremalnych jak Felix Baumgartner. Przykładem mogą być systemy HALO (High Altitude-Low Opening) i HAHO (High Altitude-High Opening), pozwalające żołnierzom po skoku nawet z wysokości 10 tys. m i otwarciu spadochronu tuż nad ziemią lub po otwarciu go natychmiast i po długim przelocie znaleźć się tam, gdzie się ich nikt nie spodziewa. Za opracowanie i wdrożenie tej formuły w jednostce GROM lider tego pomysłu ppłk Jarosław Garstka (dziś w rezerwie) został uhonorowany Buzdyganem „Polski Zbrojnej”.

Nisko czy wysoko

Kwintesencją wojskowego spadochroniarstwa nie są jednakże długodystansowe przeloty i skoki z dużych wysokości, lecz stanowiące prozę życia „desanty masowe”, polegające na dostarczeniu doborowych oddziałów w rejon operacji. Zrzutu należy dokonać skrycie, poza zasięgiem oddziaływania przeciwnika, na zaplanowanym i przygotowanym w miarę możliwości zrzutowisku, w takim uformowaniu, by żołnierze po znalezieniu się na ziemi mogli jak najszybciej sformować szyk i przejść do wykonywania zadania. Ta prosta z pozoru procedura nie jest jednak pozbawiona pułapek.

Przed laty borykano się z pierwszą fazą skoku, w której zagrożenie dla prawidłowego otwarcia czaszy spadochronu stanowiły zawirowania powietrza wynikające z lotu maszyny i pracy śmigieł. Znakomitym rozwiązaniem zastosowanym w naszej armii okazały się „skoki na stabilizację”. W chwili, gdy tylko żołnierz znalazł się powietrzu, zamiast wielkiej czaszy otwierał się mały spadochronik – stabilizator, który służył do zredukowania prędkości opadania z blisko 200 do około 160 km/h oraz „ułożenia” sylwetki skoczka w dogodnej pozycji do otwarcia głównego spadochronu.

Kolejnym newralgicznym elementem w desancie była wysokość, z jakiej dokonywano zrzutu. Logika podpowiada prostą zasadę: im szybciej żołnierz osiągnie ziemię, tym mniej jest narażony na wykrycie, na ostrzał. Mniejszy jest wówczas również rozrzut skoczków, więc krótsze może być zrzutowisko. Podczas II wojny światowej na przykład praktykowano bardzo niskie zrzuty desantów – w operacji „Market Garden” z wysokości 600 stóp, czyli z zaledwie 200 m. Przy takiej wysokości był czas, żeby czasza spadochronu się otworzyła, wypełniła powietrzem, hamując prędkość opadania, a skoczek, po ustabilizowaniu sylwetki, przygotował się do wylądowania.

Według płk. rez. Tomasza Piekarskiego, byłego zastępcy dowódcy 6 Brygady Powietrznodesantowej, instruktora klasy mistrzowskiej i nadal autorytetu w sprawach spadochroniarstwa wojskowego, należy uważać z nadmiernym zaniżaniem wysokości: „Żołnierz musi mieć czas na to, żeby wyskoczyć, ochłonąć, zorientować się w przestrzeni, sprawdzić prawidłowość otwarcia czaszy, zobaczyć, czy kogoś lub czegoś pod nim nie ma, spuścić zasobnik na linie i przygotować się do lądowania. Jeśli otworzy spadochron na 100 m, zabraknie mu na to wszystko czasu”. Doświadczony instruktor zwraca też uwagę, że na określenie bezpiecznej wysokości desantowania wpływa wiele czynników, między innymi czas otwarcia spadochronu. W ciągu lat jednakże parametry sprzętu stawały się coraz lepsze: „Gdy zaczynałem skoki spadochronowe, skakaliśmy z 800 m, gdy kończyłem, na stabilizację obowiązywało 600 m. Teraz wysokość szkoleniowa wynosi 400 m. W czasie ćwiczeń, zgodnie z regulaminem, można wykonywać skoki z 200 m, ale w praktyce, dla bezpieczeństwa są wykonywane z 300 m”.

Impuls do zmian

Desantowanie spadochroniarzy na stabilizację, z bezpiecznej wysokości i na uznawanym za niezawodny spadochronie AD-95 trwałoby nadal, gdyby nie wprowadzenie w Siłach Zbrojnych RP nowych „środków przenoszenia”, czyli samolotów CASA i C-130 Hercules. Oba statki powietrzne z jednej strony zwiększyły znacznie możliwości zrzucania całych pododdziałów z uzbrojeniem i wyposażeniem, z drugiej jednak wymusiły powrót do skoków „na linę”, między innymi ze względu na zwiększoną prędkość podczas desantowania.

Przy tej metodzie układ spadochronowy jest podpięty do liny desantowej zamocowanej na pokładzie. Gdy żołnierz opuszcza maszynę, następuje automatyczne ściągnięcie osłony czaszy i rozpoczęcie jej otwierania. Dochodzi do tego jednakże w dość niekorzystnych warunkach, w wywołujących zawirowania odśmigłowych strugach powietrza – gdy skoczek znajduje się w niemal poziomym ułożeniu. Ponadto w czasie skoku z burty, a nie z tyłu, z rampy, spadochron może się ocierać o bok samolotu. W sumie proces otwarcia jest dość niestabilny. Zdarzają się wówczas między innymi „kalafiory”, czyli niepełne otwarcia w efekcie przerzucenia linek przez czaszę. Nie są to sytuacje bez wyjścia, ale stanowią dla skoczka zagrożenie. Szczególnie w trakcie skoku z małej wysokości pozostaje mu niewiele czasu na „walkę z linkami”, a w krytycznej sytuacji – na otwarcie czaszy zapasowej.

Wprowadzenie nowych samolotów, a zarazem zmian w procedurach desantowania było impulsem do myślenia o nowych rozwiązaniach w stosowanym dotąd spadochronie AD-95. Jego konstrukcja, zwana popularnie pieczarką albo, bardziej dosadnie, glebotłukiem, to nowocześniejsza i nieustannie doskonalona wersja radzieckiego spadochronu D-5. „Depiątka” dawno już wprawdzie osiągnęła wiek emerytalny, ale sprawdzona w milionach skoków czasza, decydująca o bezpieczeństwie spadochronu, dotychczas była uważana za pewną i bezpieczną. A w tak newralgicznej dziedzinie, jeśli coś jest dobre, raczej unika się daleko idących eksperymentów. Przychodzi jednak czas, gdy zmiany są konieczne.

Z pewnością podobnie myśleli Amerykanie, z których tak chętnie bierzemy przykład, bo dopiero po blisko 60 latach, w 2009 roku, zastąpili swój spadochron desantowy T-10 zupełnie nową konstrukcją – T-11. Czasza zmieniła kształt z okrągłej na niespotykaną nigdzie kwadratową, o podwijanych brzegach. To rozwiązanie sprawdziło się i wkrótce zaczęto wykorzystywać tę konstrukcję w szkoleniu w US Army Airborne School. Tyle że Amerykanie wcale się nie spieszą z wycofaniem „zabytkowego” T-10. Dali sobie 15 lat na rotację, czyli nie uważają tego spadochronu za bezużyteczny we współczesnych warunkach.

Ppłk rez. Jarosław Garstka, który po odejściu z jednostki GROM pozostał w branży spadochronowej i dziś pracuje w firmie AIR-POL, będącej jedynym w kraju producentem spadochronów desantowych dla wojska, zapewnia, że również Polacy wyczuli odpowiedni moment na takie zmiany: „Od dłuższego czasu mieliśmy wszyscy świadomość, że AD-95 musi zostać zastąpiony nowocześniejszą konstrukcją. Wynikało to z doświadczeń producenta, konsultacji z bezpośrednimi użytkownikami, a także z obserwacji światowych trendów. Z udziałem inżynierów z Instytutu Lotnictwa zaczęliśmy prace nad nowym rozwiązaniem. Przygotowaliśmy dwa projekty czasz klinowych, ponieważ wiedzieliśmy, że takich oczekiwało wojsko”.

Inspiracja z Bangladeszu

Wkrótce pojawiła się jednak nowa opcja, odbiegająca od wszystkiego, co było dotąd używane w armiach NATO. Trzeci projekt, spadochronu o zupełnie nowej konstrukcji, powstał po wizycie Jarosława Garstki i Dariusza Banaszkiewicza, konstruktora AIR-POL, a zarazem skoczka doświadczalnego, w Ludowej Republice Bangladeszu. Odpowiadając na ofertę tamtejszych sił zbrojnych, chcieli sprzedać polskie produkty. Spadochron typu skrzydło dla sił specjalnych zdobył pełną akceptację gospodarzy, ale desantowy AD-95 nie spełnił ich oczekiwań: „Powiedziano nam, że nie kupią nawet najlepszego spadochronu na świecie, jeśli nie będzie pasował do przyjętej przez armię metodyki szkolenia i systemu wykonywania skoków. Po powrocie do kraju odłożyliśmy na bok zaawansowane już projekty. Dariusz Banaszkiewicz usiadł przy komputerze i stworzył całkowicie nowy typ czaszy – w kształcie stożka. Na świecie były już wówczas w użyciu podobne spadochrony, ale ten, który wyszedł spod jego ręki, okazał się wyjątkowy. Otwierał się wprawdzie na długiej drodze, ale bez dynamicznego szarpnięcia skoczkiem, opadał statecznie, z prędkością, która nawet nas zaskoczyła. Wszystko działało idealnie”.

W ciągu dwóch miesięcy nowy spadochron poddano sprawdzianowi – od zrzutów z manekinem po skoki testowe wykonywane przez skoczka doświadczalnego. Zdaniem Jarosława Garstki nie było jeszcze pełnej satysfakcji: „Nękała nas trochę zbyt długa droga otwarcia, ale nie chcieliśmy jej skracać, żeby w doskonale pracującej czaszy czegoś nie popsuć”. Rozwiązanie przyszło samo, gdy pracowali nad spadochronem zapasowym. Okazało się, że dodanie bocznych kieszeni do czaszy przyspiesza otwarcie, nie powodując wzrostu dynamiki.

Kolejnym rozwiązaniem, gwarantującym bezpieczne opuszczanie przez skoczków takich samolotów, jak CASA i C-130 Herkules, było zastosowanie podwójnych osłon czaszy spadochronu, a także wyeliminowanie „slajdera”, stanowiącego, nawet w zagranicznych konstrukcjach nowej generacji, element redukujący obciążenia działające na skoczka w czasie napełniania się czaszy. W polskim prototypie udało się osiągnąć zadowalający efekt dzięki dobraniu odpowiednich tkanin i stożkowemu kształtowi czaszy. Zwiększono też, zgodnie z oczekiwaniami wojska, „udźwig” spadochronu, z dotychczasowych 120 do 185 kg. Jednakże doświadczeni desantowcy uważają, że nie ma to żadnego uzasadnienia taktycznego, gdyż trudno sobie wyobrazić, by po wylądowaniu żołnierz przemieszczał się ze 100-kilogramowym ciężarem na plecach. Zapewniają, że proponowany wcześniej przez 6 Brygadę Powietrznodesantową udźwig 165 kg jest wystarczający. A różnica 20 kg to zarazem konieczność powiększenia powierzchni czaszy o 20 m2.

Dwa w jednym

Rozwiązaniem nigdzie dotąd niespotykanym, a zarazem kłócącym się z ideą konstrukcji spadochronu desantowego, jest zastosowanie szczelin sterowniczych w AD-95 serii 3. „Desanciak” powinien zapewnić bezpieczeństwo żołnierzom wyszkolonym jedynie do wykonywania prostych działań, według procedur związanych z otwarciem czaszy, usunięciem „kalafiora”, prawidłowym przyziemieniem, a także, w sytuacji awaryjnej, otwarcia spadochronu zapasowego. A to, zdaniem Jarosława Garstki, wymusza na konstruktorach określone podejście: „Podczas skoku szkolno-bojowego z względnie niewielkiej wysokości skoczek nie znajdzie zbyt wiele czasu na sterowanie czaszą. Ma wyskoczyć i bezpiecznie opaść. Przygotowaliśmy więc spadochron z niesterowalną czaszą, na której można wykonać skok niemalże bez udziału żołnierza. W warunkach bojowych może się jednak zdarzyć coś nieprzewidzianego, na przykład zrzut okaże się niedokładny lub na zrzutowisku, wyznaczonym jedynie na podstawie zdjęć lotniczych i satelitarnych, będą przeszkody zagrażające zdrowiu, a nawet życiu żołnierza. Znaleźliśmy na to sposób. Spadochroniarz może jednym ruchem otworzyć szczeliny napędowe, czasza uzyska wówczas prędkość postępową i bardzo dużą sterowność, dzięki czemu skoczek łatwo wybrnie z trudnej sytuacji. Tuż nad ziemią zamknie szczeliny i bezpiecznie wyląduje. A jak nie zamknie? Tym bardziej wyląduje bezpiecznie”. 

Również płk Tomasz Piekarski uważa takie rozwiązanie za godne uwagi: „Nowa konstrukcja stanowi zdecydowaną zmianę jakościową, bo powstała możliwość sterowania czaszą bez zaburzania ogólniej koncepcji spadochronu desantowego”.

Kot w worku

Spadochron AD-95 serii 3, mimo istotnych zmian, nawiązuje do używanej w wojsku od lat dziewięćdziesiątych konstrukcji AD-95. Dlatego bez dodatkowych zabiegów można stosować w nim nową osłonę, a także czaszę. Firma, nim dojdzie do przetargu, chce przekazać wojsku 10–20 długich osłon, żeby skoczkowie upewnili się w praktyce o ich walorach. Drugim krokiem byłoby wprowadzenie nowej czaszy do kupionych już przez armię, a jeszcze niedostarczonych spadochronów AD-95. Wojsko, podejmując decyzję o ewentualnych zakupach, nie brałoby wówczas kota w worku.

Mimo posiadania wymaganych badań i certyfikatów, a także zademonstrowania walorów tej konstrukcji podczas prezentacji, w której wzięli udział przedstawiciele gestora, jak i wojskowi specjaliści, dopiero ocena użytkownika po wykonaniu większej liczby skoków byłaby w pełni miarodajna. Kłopot jednakże polega na tym, że zarówno na etapie projektowania, jak i ewentualnego sprawdzenia gotowego produktu, kontakty, a tym samym współpracę z wojskowymi fachowcami, ograniczają przepisy.

Prace nad nowym spadochronem trwały w zakładzie AIR-POL od kilku lat. Obecną ideę przyjęto w 2012 roku. Poważnym problemem dla konstruktorów był brak określenia wymagań technicznych i oczekiwań wobec nowej konstrukcji ze strony wojska. Cóż, przepisy piszą ludzie, a sensowniej byłoby wykonać testy, zobaczyć jak spadochron się sprawdza w praktyce, zamiast potem borykać się z problemami.

Piotr Bernabiuk

autor zdjęć: Piotr Bernabiuk





Ministerstwo Obrony Narodowej Wojsko Polskie Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wojska Obrony
Terytorialnej
Żandarmeria Wojskowa Dowództwo Garnizonu Warszawa Inspektorat Wsparcia SZ Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Agencja Uzbrojenia

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO