
Będzie prawdziwym cudem, jeśli znajdą się tacy Afgańczycy, którzy spełnią marzenie Zachodu.
Stara marksowska definicja głosi, że państwo to aparat ucisku. Mniej ideologiczna i bardziej współczesna charakteryzuje państwo jako określone granicami terytorium, mające ludność i centralne władze. Tych elementów jest więcej, ale zatrzymajmy się na trzech niezbędnych. Czy Afganistan jest zatem państwem?
Jeśli chodzi o terytorium – tak, ale raczej z płynnymi granicami. Ludność – i owszem, ale też płynna i częściowo bez poczucia, że są Afgańczykami. Pasztunami na przykład – i owszem; ale z Afganistanu czy z Pakistanu? Centralne władze kontrolujące całe terytorium? Nie, tak nie było nigdy!
Afganistan jest uznawany jako państwo, należy do rozmaitych organizacji międzynarodowych, to strona międzypaństwowych umów, ale jeśli chodzi o pozostałe atrybuty państwowości, to co innego chcieć, a co innego mieć.
NATO wyprawiło się tam po 11 września 2001 roku, by zgnieść matecznik Al-Kaidy, dać odreagować USA i sprawdzić zdolność sojuszniczą. Dwa ostanie punkty były dość proste. Pierwszy potraktowany dosłownie okazuje się niewykonalny, ale w ciągu minionych dziewięciu lat pojawiła się lista innych punktów. Dziś numer jeden to budowa afgańskiego państwa.
Niedawna wielka konferencja w Kabulu z udziałem 70 ministrów z całego świata oraz sekretarza generalnego ONZ Ban Ki Muna koncentrowała się na oddaniu Afganistanu Afgańczykom, czyli właśnie na tym, kiedy Afgańczycy będą w stanie przejąć ich państwo z rąk NATO. Prezydent Hamid Karzaj twierdzi, że w roku 2014, i jest to, jak sądzę, opinia przekazana mu przez Hilary Clinton. Rozmowa mogła mieć na przykład taki przebieg: „Kiedy więc?”, pyta prezydent. „Nie utrzymamy tu sojuszników dłużej niż do 2014 roku”, odpowiada sekretarz stanu. „A co potem?”, pyta Karzaj. „Będziemy ci pomagali ze wszystkich sił”, odpowiada Clinton. „Ale całą odpowiedzialność musisz wziąć na siebie”.
Taki dialog, bez żadnej złośliwości, musiał odzwierciedlać stan prawdziwy – Hamid Karzaj ciągle nic nie znaczy w Afganistanie bez zewnętrznego poparcia. Nawet brytyjski wicekról w Indiach miał więcej własnych sił.
Dostojnicy zlatywali się na konferencję do Kabulu chronionego przez armię afgańską wspieraną przez siły sprzymierzonych. Salwy rakietowe rebeliantów zmusiły jednak niektórych z nich do lądowania w różnych innych miejscach i docierania na spotkanie a to helikopterami, a to drogą lądową. Była to jakby próba generalna możliwości państwowych Afganistanu. I jak każda próba generalna, ujawniła prawdziwy stan rzeczy.
Wszyscy już chcą wyjść z Afganistanu, ale nie zamierzają zostawić go w ślepej uliczce, czyli na łasce rebeliantów. Nikt jednak nie jest w stanie wskazać ani sposobu, ani opłacalnej kwoty, żeby zrealizowany został pozytywny scenariusz. Moim zdaniem, wielka konferencja w Kabulu potwierdziła jedynie intencje i nic ponadto. Będzie prawdziwym cudem, jeśli do 2014 roku znajdą się tacy Afgańczycy, którzy spełnią marzenie Zachodu o zrównoważonym, obliczalnym państwie afgańskim, które nie stanie się ponownie łupem Al-Kaidy lub terrorystów innej maści.
| Pokaż wszystkie komentarze |
|
|
Powered by !JoomlaComment 3.26
|











