moja polska zbrojna
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje w Polsce Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych, zwane także RODO).

W związku z powyższym przygotowaliśmy dla Państwa informacje dotyczące przetwarzania przez Wojskowy Instytut Wydawniczy Państwa danych osobowych. Prosimy o zapoznanie się z nimi: Polityka przetwarzania danych.

Prosimy o zaakceptowanie warunków przetwarzania danych osobowych przez Wojskowych Instytut Wydawniczy – Akceptuję

 
Klątwa czarnego złota

Rok 2018 przejdzie do historii jako ten, w którym ze szczególną mocą ujawniła się prawdziwość tezy, że Bliski i Środkowy Wschód są jądrem geopolityki światowej. I to niezależnie od tego, jakie wydarzenia mają równocześnie miejsce w Europie, Azji Południowej lub na Dalekim Wschodzie.

Wszystko, co dzieje się na szeroko rozumianym Bliskim Wschodzie, prędzej czy później będzie mieć polityczne lub ekonomiczne reperkusje w najbardziej odległych nawet częściach świata. Dzieje się tak nie tylko ze względu na „klątwę czarnego złota”, czyli uzależnienie współczesnej cywilizacji od ropy naftowej i gazu ziemnego, które wciąż w większości pochodzą właśnie z tego regionu. Ważną rolę odgrywają tu bowiem również odwieczne konflikty etniczne, polityczne oraz religijne, takie jak ten izraelsko-palestyński, czy rywalizacja sunnicko-szyicka i muzułmańsko-chrześcijańska oraz spory arabsko-perskie, a także arabsko-tureckie. Do tego dochodzą takie zjawiska, jak ekstremizm i terroryzm islamski, przewlekła niestabilność polityczna i ekonomiczna, masowe migracje czy proliferacja technologii uzbrojenia.

 

REKLAMA

Geopolityczne samobójstwo

Spośród wszystkich państw bliskowschodnich szczególne znaczenie ma Arabia Saudyjska – największy i najbogatszy kraj regionu, przez kilka ostatnich dekad będący niekwestionowanym liderem świata arabskiego i regionalnym mocarstwem. I tak jak rozwój wydarzeń na Bliskim Wschodzie wpływa na geopolitykę globalną, tak sytuacja w Arabii ma bezpośrednie przełożenie na to, co dzieje się w całym regionie.

Świat zamarł z przerażenia i niedowierzania, gdy w połowie października 2018 roku potwierdziły się doniesienia o brutalnym mordzie dokonanym w saudyjskim konsulacie w Stambule na dziennikarzu Dżamalu Chaszodżdżim. Ten żyjący na emigracji na Zachodzie saudyjski publicysta był zdeklarowanym przeciwnikiem patriarchalnego systemu społeczno-politycznego panującego w Arabii Saudyjskiej i zagorzałym krytykiem jej władz, z obecnym królem Salmanem na czele. Według na wskroś feudalnej i teokratycznej filozofii działania monarchii Saudów, krytyka władcy z Rijadu, pretendującego jednocześnie do roli największego autorytetu moralnego i religijnego sunnickiego islamu (król tradycyjnie nosi tytuł Strażnik Dwóch Świętych Meczetów, czyli Mekki i Medyny), jest zbrodnią największą z możliwych. Sposób, w jaki postanowiono wymierzyć „sprawiedliwość”, pokazał jednak światu prawdziwe oblicze królestwa i równocześnie naraził kraj na międzynarodowy ostracyzm. Co gorsza, po raz kolejny w ostatnich miesiącach poważnie nadszarpnął i tak słabą już reputację oraz międzynarodową pozycję Rijadu. Wielu ekspertów jest przekonanych, że Saudyjczycy popełnili w ten sposób symboliczne geopolityczne samobójstwo.

Mord dokonany na Chaszodżdżim jak w soczewce skupia i uwypukla wiele negatywnych procesów społecznych, politycznych i cywilizacyjnych, toczących współczesną Arabię Saudyjską niczym powoli rozwijający się nowotwór, sprawiających, że państwo to coraz szybciej schodzi do roli drugorzędnego gracza w regionie. Dziesięciolecia funkcjonowania systemu ustrojowego opartego na kumoterstwie, korupcji oraz faworyzowaniu rozbudowanych układów klanowo-plemienno-rodowych, a do tego demoralizacji spowodowanej niewyobrażalnym bogactwem zapewnianym przez petrodolary zrodziły w końcu trujące owoce. Degeneracja struktur państwa saudyjskiego oraz degrengolada moralna elit politycznych, w całości wywodzących się z rozległej (ponad 20 tys. członków!) rodziny królewskiej i osób bezpośrednio z nią powiązanych, długo ukrywane i przemilczane (także przez zachodnich sojuszników Rijadu), musiały ostatecznie ujrzeć światło dzienne.

Noszący wszelkie cechy plemiennej wendetty mord Chaszodżdżiego stał się więc kamyczkiem, który zainicjował lawinę, pędzącą do tego w najmniej przewidywalnych kierunkach. Reperkusje już zaczynają być odczuwalne nie tylko w samej Arabii Saudyjskiej, lecz także w całym regionie, a nawet w odległych częściach świata. A to dopiero początek. Nieudolną operację uciszenia Chaszodżdżiego przeprowadzono bowiem w najgorszym z możliwych momentów. Pogorszenie się sytuacji Arabii Saudyjskiej wzmocniło kryzys wizerunkowy monarchii, z jakim boryka się ona co najmniej od chwili, gdy w 2015 roku na tronie w Rijadzie zasiadł król Salman. Schorowany i sędziwy monarcha od początku rządów polega na kolejnych następcach tronu, z których żaden nie okazał się wystarczająco kompetentny – ani Muhammad ibn-Nadjif (odsunięty za rzekomą nielojalność), ani Muhammad ibn Salman.

Ten ostatni, najprawdopodobniej osobiście odpowiedzialny za operację usunięcia Chaszodżdżiego, już od dawna jest obwiniany o doprowadzenie Arabii Saudyjskiej do największego kryzysu w historii. Okazuje się, że rację mieli analitycy niemieckiego wywiadu, którzy już w 2015 roku, czyli dwa lata przed wyznaczeniem księcia na następcę tronu Saudów, uznali jego sposób rządzenia za źródło większości problemów Arabii Saudyjskiej na arenie międzynarodowej.

Rola żandarma

Wraz z osłabianiem pozycji Arabii Saudyjskiej w gruzy obraca się cała regionalna konstrukcja geopolityczna, od niemal czterech dekad tworzona z mozołem przez Rijad, ze znaczną pomocą Stanów Zjednoczonych oraz innych zachodnich sojuszników. Zachód przez lata widział w tym kraju ostoję regionalnej stabilności, strategicznej przeciwwagi dla szyickiego Iranu i sunnickich ruchów ekstremistycznych, ale też wszelkich rewolt i zawieruch, naruszających regionalne status quo. Przez całe lata Arabia faktycznie słynęła z wyważonej i przewidywalnej, choć równocześnie zdecydowanej i skutecznej, polityki międzynarodowej. Od czasu I wojny w rejonie Zatoki Perskiej (1991 rok) Rijad miał więc odgrywać rolę regionalnego żandarma – w interesie Stanów Zjednoczonych i Zachodu. Ten strategiczny aksjomat odszedł niestety do historii w 2015 roku.

Polityka Saudów, skłócenie się Rijadu z Omanem, a później jego restrykcje wobec Kataru, doprowadziły do rozpadu Rady Współpracy Państw Zatoki Perskiej (Gulf Cooperation Council – GCC), jeszcze niedawno będącej skutecznym narzędziem działania w subregionie Zatoki Perskiej. Arabia Saudyjska i jej protegowani ponieśli też w ostatnich latach geopolityczne porażki w wielu miejscach regionu. Tak jest np. w Iraku, gdzie sunnickie formacje polityczne i paramilitarne, którym patronowali Saudowie, zostały zepchnięte w cień przez proirański rząd centralny, co uczyniło z tego kraju niemalże protektorat Teheranu. Tak jest też w Syrii, gdzie Rijad już ponad trzy lata temu zrezygnował z aktywnego wspierania zbrojnej antyrządowej rebelii sunnickiej, cedując to zadanie na swych ówczesnych sojuszników z GCC. Zdecydowanie ułatwiło to reżimowi Baszszara al-Asada zdobycie przewagi w wojnie domowej, a wspierającym go Rosjanom – odzyskanie wpływów w Lewancie. Również w Libanie saudyjskie wpływy topnieją z roku na rok, co jest efektem m.in. umacniania się pozycji szyickiego Hezbollahu i rosnącej aktywności irańskiej. Rijad próbował zatrzymać bieg wydarzeń, sięgając po niestandardowe metody. W listopadzie 2017 roku nałożył dwutygodniowy areszt domowy na przybyłego z wizytą do Królestwa libańskiego premiera Sada al-Haririego jako karę za nadmierne ustępstwa polityczne jego kraju wobec szyitów. Saudowie szybko tracą także, na rzecz Turcji i Iranu, wpływ na sprawę palestyńską, będącą dotychczas jednym ze sztandarowych obszarów działania Rijadu i krajów GCC.

Gwoździem do trumny polityki saudyjskiej, a pośrednio również amerykańskiej, na Bliskim Wschodzie jest nieudana politycznie i militarnie interwencja w Jemenie. Kampania, mająca być w założeniu saudyjskich planistów krótką i błyskotliwą akcją ukazującą potęgę militarną Królestwa, stała się trwającym już czwarty rok strategicznym koszmarem, drenującym zasoby i siły Rijadu (dotychczasowe koszty wojny szacuje się na ponad 200 mld dolarów, czyli około 200 mln dolarów dziennie). Ponadto sposób jej prowadzenia – daleki od standardów cywilizowanego świata – naraził Arabię Saudyjską na falę międzynarodowej krytyki i potępienia, które niejako rykoszetem dotknęły też USA. Wszystko to otwiera coraz szerzej pole działania dla tradycyjnych regionalnych rywali Rijadu: wracającej do dawnych osmańskich korzeni Turcji oraz szyickiego Iranu.

Ambicje na miarę mocarstwa

Turcja pod rządami Partii Sprawiedliwości i Rozwoju, kierowanej przez charyzmatycznego Recepa Tayyipa Erdoğana, od kilkunastu lat systematycznie zbacza z kursu wyznaczonego niemal sto lat temu przez Mustafę Kemala Atatürka. Celem tych działań jest odzyskanie miejsca w gronie regionalnych mocarstw i powrót do czasów świetności imperium osmańskiego, kiedy Turcy mieli realny wpływ na sytuację międzynarodową, wykraczający daleko poza Bliski Wschód. Erdoğan, żeby zrealizować te plany, nie obawia się radykalnych zmian w polityce zagranicznej – takich jak znaczące ochłodzenie relacji z Europą i USA, porzucenie dobrych do niedawna stosunków z Izraelem oraz zbliżenie z dotychczasowymi tradycyjnymi rywalami Turcji: Rosją i Iranem. Niezmienne w strategii Ankary pozostaje jedynie rywalizowanie z Arabami, zwłaszcza z Królestwem Saudów. Dlatego wybór Stambułu jako miejsca egzekucji Chaszodżdżiego był dla władz w Ankarze najlepszym prezentem.

Wybujałe geopolityczne ambicje Ankary pchnęły ją do bezpośredniego zaangażowania militarnego w sąsiedniej Syrii. Nie było to możliwe, dopóki istniała „stara” armia i jej kadra oficerska stojąca na straży świeckości republiki. Nieudany pucz z lipca 2016 roku dał ekipie Erdoğana szansę na dokonanie głębokich czystek w siłach zbrojnych, zwłaszcza w korpusie oficerskim, co ostatecznie usunęło ostatnią formalną przeszkodę do realizacji strategii mającej na celu budowę „nowej Turcji”.

Interwencję w Syrii podjęto oficjalnie w celu poparcia tamtejszej „demokratycznej” opozycji, w istocie jednak przeciwko syryjskim Kurdom, coraz mocniej artykułującym swe dążenia autonomiczne. Zarówno w wymiarze politycznym, jak i militarnym przebieg tej operacji daleki jest od oczekiwań. Co gorsza, polityka międzynarodowa Ankary realizowana w ostatnich trzech latach sprawiła, że kraj ten znalazł się w ostrym konflikcie z Zachodem. Nie jest to sytuacja komfortowa, chociażby ze względu na członkostwo Turcji w NATO. Ponadto na jej terytorium wciąż przebywa około 3 mln uchodźców z Syrii, z których większość chce jak najszybciej dostać się do Europy.

Na słabości Rijadu korzysta też Islamska Republika Iranu (IRI), która jest głównym beneficjentem burzliwych przemian geopolitycznych ostatnich kilku lat na Bliskim Wschodzie. Teheran odnotowuje największe w historii sukcesy w polityce regionalnej. Zdołał ostatecznie rozciągnąć kontrolę ideologiczną i polityczną na wszystkie państwa regionu tworzące szyicki półksiężyc, czyli obszar rozciągający się od Libanu i Syrii, przez Irak, po Iran, a nawet dalej na Wschód, aż po szyickie rejony Afganistanu i Pakistanu. Doliczyć do tego należy też silne wpływy w Jemenie (Ruch Hutih), w Strefie Gazy (palestyński Ruch Hamas) oraz popularność na szyickich ulicach miast Bahrajnu i wschodniej Arabii Saudyjskiej. A wszystko to w czasie, gdy Iran zyskał wśród zachodniej opinii publicznej nimb bohaterskiego obrońcy Iraku przed Państwem Islamskim w latach 2014–2015.

Testament Chomeiniego

Ocieplenie wizerunku Iranu miało duży wpływ na powodzenie negocjowanego porozumienia w sprawie programu nuklearnego (Joint Comprehensive Plan of Action – JCPOA), zawartego w 2015 roku, które miało doprowadzić do zniesienia sankcji i otwarcia irańskiej gospodarki na świat. Nic zatem dziwnego, że irański prezydent Hasan Rouhani niedawno oświadczył: „Jeszcze nigdy w swej historii Islamska Republika Iranu nie miała bezpośredniego politycznego wpływu aż na cztery arabskie stolice w regionie – Bejrut, Damaszek, Bagdad i Sanę”. Cel ten, postawiony w 1979 roku przez ojca założyciela IRI, ajatollaha Ruhollaha Chomeiniego, został osiągnięty dopiero teraz.

Teraz jest to szczególnie niekorzystne dla osłabionego Rijadu, ale przede wszystkim dla Waszyngtonu. Prezydent Donald Trump zarzucił całkowicie nieskuteczną politykę bliskowschodnią swego poprzednika Baracka Obamy, realizowaną pod hasłami resetu wobec Iranu i świata islamu, wspierania „demokratycznych” rewolt w regionie oraz zakładającą faworyzowanie Palestyńczyków kosztem strategicznych interesów bezpieczeństwa Izraela. Obecna administracja USA wróciła do wcześniejszych aksjomatów polityki amerykańskiej wobec tego regionu, wśród których na pierwszym miejscu znajduje się wspieranie tamtejszych sojuszników, zwłaszcza Izraela i Arabii Saudyjskiej, bez względu na okoliczności. Ostatnie wydarzenia sugerują jednak, że Rijad nadużył zaufania Amerykanów i ich cierpliwość się wyczerpuje.

Administracja prezydenta Trumpa została zmuszona do zakrojonych na szeroką skalę działań wobec regionu, które anonimowy dyplomata USA określił dosadnie jako „sprzątanie bałaganu po Saudach”. Jeszcze w ubiegłym roku podjęto kroki zmierzające do odwrócenia niekorzystnych tendencji politycznych w Iraku, w dużej mierze będących następstwem pochopnej decyzji Baracka Obamy o wycofaniu całości sił amerykańskich z tego kraju. Amerykanom ostatecznie udało się, przy wsparciu regionalnych sojuszników, zapobiec miażdżącemu zwycięstwu sił proirańskich w irackich wyborach parlamentarnych w maju 2018 roku.

Równolegle w sąsiedniej Syrii zwiększono amerykańską obecność militarną w ramach bezpośredniego wsparcia dla Syryjskich Sił Demokratycznych, formacji zrzeszającej tamtejszych Kurdów i Arabów. Żołnierze operujący na wschód od Eufratu nie tylko likwidują pozostałe tam jeszcze niewielkie enklawy tzw. Państwa Islamskiego, lecz także samą swą obecnością skutecznie stawiają tamę planom zajęcia tej części kraju przez Turków, Rosjan i Irańczyków. Aby utrudnić ostateczną realizację planów Teheranu, Amerykanie dążą równocześnie do przecięcia biegnących przez południowo-wschodnią Syrię lądowych szlaków komunikacyjnych łączących Iran z Libanem.

Kolejnym ważnym krokiem obecnej administracji USA stały się wypowiedzenie w maju 2018 roku umowy JCPOA, a także zapowiedź ponownego nałożenia sankcji politycznych, ekonomicznych i finansowych na Iran oraz wszystkie państwa i podmioty biznesowe z nim współpracujące, również zachodnie. To dość radykalne działanie, zważywszy, że inni sygnatariusze umowy (tj. pozostali stali członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ oraz Niemcy) nie zamierzają iść w ślady Waszyngtonu. Powodem decyzji USA były obawy, że nieuwzględnienie w JCPOA mechanizmów weryfikacji i kontroli nad rozbudowanym irańskim programem rakietowym sprawia, że całe porozumienie staje się co najmniej niepełne, jeśli nie wręcz nieskuteczne. Istnieją bowiem uzasadnione podejrzenia, że od trzech dekad Teheran konstruuje i udoskonala rakiety balistyczne głównie z myślą o ich wykorzystaniu jako nosicieli głowic atomowych.

Sytuacja strategiczna wokół Syrii i w Lewancie pozostaje patowa, Waszyngton nie ma na razie wobec tego regionu spójnej i długofalowej strategii, i reaguje ad hoc na posunięcia głównych rywali. Ci zaś zdają się grać według precyzyjnie rozpisanego scenariusza, którego jednym z celów jest dążenie do wciągnięcia Stanów Zjednoczonych w strategiczną pułapkę, tym razem w Syrii. Zwłaszcza Moskwa chętnie widziałaby Amerykę po raz kolejny uwikłaną w przewlekły, asymetryczny konflikt, odciągający uwagę od innych kierunków działań, takich jak np. Azja Centralna, Zakaukazie, Europa Środkowo-Wschodnia czy Arktyka.

Odwrócenie uwagi

Ten ostatni region staje się stale rosnącym źródłem niepokoju i obaw Kremla. Postępujące zmiany klimatyczne sprawiają bowiem, że arktyczna pokrywa lodowa topnieje w szybkim tempie, co zwiększa dostępność tamtejszych akwenów dla żeglugi – także okrętów wojennych potencjalnych wrogów. Proces ten powoduje, że Rosja po raz pierwszy od stuleci nie może się czuć na arktycznej Północy naprawdę bezpiecznie.

Dzisiaj Moskwa z ogromnym niepokojem obserwuje wzrost aktywności Zachodu, w tym NATO, w rejonach subarktycznych. Można się więc spodziewać, że w najbliższym czasie Rosjanie zrobią wszystko, aby skierować strategiczną uwagę USA i jego sojuszników na inne obszary Eurazji. Niewiadomą pozostaje, czy będzie to eskalacja wojny na Ukrainie, reaktywacja konfliktów w Naddniestrzu lub Gruzji, czy też „testowanie” sojuszu północnoatlantyckiego w krajach bałtyckich lub przesmyku suwalskim. Dogodnym miejscem mogącym skutecznie zaabsorbować uwagę Amerykanów i ich sojuszników jest też Afganistan. Sukcesy systematycznie odnoszone w ostatnich latach przez talibów wraz z rosnącą aktywnością lokalnej prowincji Państwa Islamskiego oraz słabnącą pozycją prozachodniego rządu w Kabulu sprawiają, że Waszyngton ma problem w tym regionie. Zakończenie operacji ISAF w 2014 roku i związane z tym radykalne ograniczenie obecności sił międzynarodowych pod Hindukuszem okazało się zbyt pochopne. Ponadto rosnący w siłę afgański Taliban wciąż jest ściśle powiązany z Al-Kaidą i tak jak przed 2001 rokiem, dopuszcza ją do kontrolowanego przez siebie terytorium Afganistanu. W efekcie zarówno skomplikowana sytuacja geopolityczna w regionie bliskowschodnim, jak i załamanie sytuacji bezpieczeństwa w Afganistanie sprawiają, że zmniejsza się skuteczność walki z ekstremizmem islamskim i jego głównymi organizacyjnymi strukturami: IS oraz Al-Kaidą. Państwo Islamskie, choć rozbito jego kalifat w Syrii i Iraku, wciąż ma komórki rozsiane niemal po całym świecie. Aktywność wielu tych ogniw IS systematycznie rośnie, co odsuwa w czasie perspektywę ostatecznego pokonania tej organizacji. Podobnie Al-Kaida po latach pozostawania w cieniu kalifatu zaczyna wracać do dawnej formy i skali aktywności, zwłaszcza w regionie afgańsko-pakistańskim, w Jemenie, Afryce Północnej i Wschodniej.

Skoncentrowanie uwagi Waszyngtonu na Bliskim Wschodzie to również geopolityczne marzenie Pekinu. Chiny, jako jedyne wśród współczesnych globalnych potęg zainteresowanych sytuacją na Bliskim Wschodzie, nie mają tam swoich sił zbrojnych. Co nie oznacza, że nie śledzą zachodzących w tej części świata wydarzeń, zwłaszcza że rozwijająca się gospodarka Państwa Środka potrzebuje coraz większych dostaw ropy naftowej, zapewnianych przede wszystkim przez Arabię Saudyjską.

Chińczycy doskonale zdają sobie sprawę, że zmuszenie Stanów Zjednoczonych – ich głównego strategicznego rywala w wymiarze ponadregionalnym i największego potencjalnego wroga militarnego na zachodnim Pacyfiku – do zintensyfikowania zaangażowania na Bliskim Wschodzie oznacza niemal automatycznie zmniejszenie ich możliwości działania w regionie Azji Wschodniej. I to mimo oficjalnie zadeklarowanej przez Waszyngton kilka lat temu nowej strategii, znanej jako „zwrot ku Azji”. W ostatnich miesiącach Pekin podjął zatem kroki mające ułatwić Amerykanom skupienie się na porządkowaniu Bliskiego Wschodu. Przede wszystkim chodzi tu o skłonienie reżimu północnokoreańskiego do podjęcia dialogu politycznego z USA. Proces powolnego ocieplenia stosunków między Waszyngtonem a Phenianem doskonale wpisuje się w obecną chińską strategię. Podobnie jak równie zaskakujące dla wielu obserwatorów nagłe odprężenie w relacjach Chin z Japonią oraz złagodzenie chińskiej retoryki wobec spornych obszarów na Morzu Wschodniochińskim.

Chcesz pokoju, szykuj się do wojny

Przede wszystkim sytuacja geopolityczna w Europie oraz relacje państw euroatlantyckich powinny jednak szczególnie niepokoić prezydenta USA i urzędników jego administracji. W większości aktualnych problemów i obszarów współczesnych stosunków międzynarodowych Stany Zjednoczone prezentują bowiem odmienne stanowisko niż ich najbliżsi sojusznicy z Europy Zachodniej. W wielu przypadkach, takich jak sprawa palestyńska i relacje z Izraelem, kwestia syryjska czy problem przyszłości układu z Iranem i sankcji nałożonych przez USA na ten kraj – rozbieżności interesów, stanowisk i polityk między Ameryką a Europą zdają się powoli wykluczać jakąkolwiek efektywną współpracę. A lista spraw, w których można spisać takie amerykańsko-europejskie „protokoły rozbieżności”, stale się wydłuża.

W tym kontekście trzeba pamiętać o wspomnianym wcześniej ochłodzeniu stosunków amerykańsko-tureckich. Sytuacja taka już sama w sobie jest niepokojąca, bo naraża na szwank sprawne funkcjonowanie wspólnoty transatlantyckiej. Problem staje się jeszcze poważniejszy, gdy uwzględni się celowe podsycanie już istniejących sporów w łonie tej wspólnoty – oraz kreowanie nowych – przez tych graczy międzynarodowych, którzy uważają szeroko rozumiany Zachód za rywala lub wręcz śmiertelnego wroga. Państwa takie jak Rosja, Chiny czy Iran chętnie widziałyby osłabienie społeczności euroatlantyckiej, zwłaszcza sojuszu północnoatlantyckiego. Od kilku lat można więc zaobserwować próby wbijania klina w harmonijne w miarę do niedawna relacje Europy i Ameryki.

Wszystko to rodzi obawy o efektywność wspólnoty transatlantyckiej, a przede wszystkim NATO, głównie na poziomie politycznym, w przypadku zaistnienia czasu próby, czyli autentycznego konfliktu zbrojnego (klasycznego lub hybrydowego) z udziałem któregoś z członków sojuszu i związanej z tym konieczności uruchomienia wszystkich procedur przewidzianych traktatem waszyngtońskim, z art. 4 i 5 na czele. Czy podzielona wewnętrznie wspólnota transatlantycka byłaby w stanie sprostać wyzwaniu, wymagającemu szybkości w podejmowaniu decyzji oraz zdecydowania, ale też (a może zwłaszcza) jednomyślności? Czy np. Turcja, skłócona już nie tylko tradycyjnie z Grecją, lecz także z USA, nie spowalniałaby nieodzownych decyzji politycznych i wojskowych NATO w razie kryzysu w Europie Wschodniej z udziałem Rosji – swego nowego sojusznika na Bliskim i Środkowym Wschodzie? Czy państwa starej Unii Europejskiej, powiązane z Rosją rozlicznymi i lukratywnymi interesami ekonomicznymi, byłyby skłonne poświęcić te biznesy, aby „umierać za Warszawę” (bądź Rygę, Tallin lub Wilno)?

Pytania te pozostają bez odpowiedzi i należy mieć nadzieję, że nigdy nie przyjdzie stawiać ich w rzeczywistości. Jakie zatem wnioski płyną dla Polski i perspektyw jej bezpieczeństwa z obecnej sytuacji geopolitycznej w Eurazji? Po pierwsze, należy umacniać sojusz północnoatlantycki. Po drugie, musimy kierować się w polityce bezpieczeństwa i obrony starą i sprawdzoną maksymą rzymską „si vis pacem, para bellum” – chcesz pokoju, szykuj się do wojny. Równie ważne staje się umacnianie współpracy wielostronnej w Europie Środkowo-Wschodniej i Południowej (m.in. w ramach Grupy Wyszehradzkiej i projektu Międzymorza). Nie należy traktować tych działań jako alternatywy dla NATO, ale raczej jako jego wzmocnienie – inicjatywy te budują klimat solidarności regionalnej, niezbędnej na wypadek zaostrzenia sytuacji międzynarodowej w naszej części świata. Fundamentalne znaczenie ma zacieśnianie więzi strategicznych i militarnych z USA, wyrażające się rotacyjną obecnością pododdziałów US Army na terytorium Polski i wspólnymi ćwiczeniami, budową w naszym kraju elementu amerykańskiego systemu obrony przeciwrakietowej, a docelowo także stałą dyslokacją sił amerykańskich. Niezależnie jednak konieczne jest również rozwijanie i wzmacnianie naszych własnych zdolności w zakresie obrony.

Pod koniec drugiej dekady XXI wieku geopolityka światowa wyraźnie weszła w ostry zakręt. Narasta liczba międzynarodowych sporów i kryzysów, rośnie napięcie w wielu regionach i obszarach relacji między państwami. Czas pokaże, czy społeczność międzynarodowa wyjdzie z tej sytuacji bez większych wstrząsów, czy też nastąpi przesilenie w postaci kolejnego konfliktu na dużą skalę w którejś części globu. Niezależnie od rozwoju wydarzeń, musimy być jednak gotowi na każdy scenariusz.

Tekst ukazał się w grudniowym numerze „Polski Zbrojnej”.

Tomasz Otłowski

autor zdjęć: Petros Giannakouris / AP Foto / East News

dodaj komentarz

komentarze


Kawalerzyści na górskich trasach
Zmiany w powołaniach do służby wojskowej
Pancerniacy na symulowanym polu walki
Tułacza droga Franciszka Ślusarza
Nominacje generalskie
Shows from the backstage
Pływacy z 12 Dywizji Zmechanizowanej na medal
Przetrwać na wrogim terenie
Centrum w zawieszeniu
Ekspresowa przeprawa przez Wisłę
Wyślij paczkę do PKW
Europejski Fundusz Obronny, czyli pieniądze (nie) do wzięcia?
Głosujcie na sportowców w mundurach!
Curse of the Black Gold
One step ahead of the enemy
Pamiętajmy o grobach bohaterów Niepodległej
Playing the World
Wojna zaczyna się w czwartek
Cel – bezpieczna Europa
Nagroda dla medyka GROM-u
Klątwa czarnego złota
Kompania pełna braci
Vis 100 nowy pistolet dla żołnierzy
Żołnierze najlepsi w sportach walki
W Brukseli o bezpieczeństwie
Natowska dywizja gotowa do działania
Rząd za kluczowymi zmianami
Stępka pod „Albatrosa”
Pomoc dla bohaterów
Więcej pieniędzy dla żołnierzy
Nothing Can Stop Our Tanks
Betar, Hagana i Irgun w polskiej szkole
Our efforts passed muster
W Sejmie o formowaniu nowej dywizji
Świąteczna paczka dla powstańca
Zmiany w ustawie o weteranach
Orliki kupione
Krew na wagę zwycięstwa
Peowiacy. Pretorianie Piłsudskiego
Fly Eye dla terytorialsów
Natowska dywizja na straży wschodniej flanki
Polska Casa nad Irakiem
Okręty NATO w polskich portach
Judocy z 16 Dywizji zdobyli Puchar Wojska Polskiego
Srebro Moniki Hojnisz w Pucharze Świata
Miła sercu epoka Periniego
Wyjątkowy Vis
Who Reaps the Whirlwind
W Bydgoszczy – o wyzwaniach dla bezpieczeństwa
Opłatek u kombatantów
Testament geopolityczny prezydenta
Jakie zmiany w kształceniu podoficerów?
Surdyn pierwszym mistrzem AFN
Rosjanie zaatakowali ukraińskie okręty wojenne
Pokazy od kuchni

Ministerstwo Obrony Narodowej Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Żandarmeria Wojskowa Inspektorat Uzbrojenia Inspektorat Implementacji
Innowacyjnych Technologii Obronnych
Dowództwo Garnizonu Warszawa

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO