moja polska zbrojna
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje w Polsce Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych, zwane także RODO).

W związku z powyższym przygotowaliśmy dla Państwa informacje dotyczące przetwarzania przez Wojskowy Instytut Wydawniczy Państwa danych osobowych. Prosimy o zapoznanie się z nimi: Polityka przetwarzania danych.

Prosimy o zaakceptowanie warunków przetwarzania danych osobowych przez Wojskowych Instytut Wydawniczy – Akceptuję

 
Początki marynarki bez morza

Powołanie do życia Marynarki Wojennej RP, gdy Polska nie miała jeszcze dostępu do Bałtyku, było aktem politycznym. Józef Piłsudski chciał wywrzeć presję na sojusznikach, by ci, układając na nowo mapę Europy, nie zapomnieli czasem o Polsce – mówi Adam Jarski z Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni.

W 1918 roku mieliśmy marynarkę wojenną, ale bez dostępu do morza. To był chyba ewenement na skalę światową?

Adam Jarski: Pewnie tak, ale perspektywa uzyskania takiego dostępu była już wówczas bardzo realna. Mieliśmy poparcie choćby Stanów Zjednoczonych. Ignacy Jan Paderewski rozmawiał o tym z prezydentem Wilsonem, a Wilson zawarł taki postulat w słynnych 14 punktach, czyli dokumencie, który miał stać się filarem nowego ładu w Europie. Z drugiej strony naczelnik państwa Józef Piłsudski chciał zrobić krok do przodu. Rozkaz do utworzenia marynarki, wydany, przypomnijmy, 28 listopada 1918 roku, miał być formą nacisku na wielkie mocarstwa. Piłsudski wysyłał sygnał: „Patrzcie, my już organizujemy siły morskie, marynarkę handlową [obydwoma zajmował się wówczas ten sam departament w Ministerstwie Spraw Wojskowych – red.]. Nie zapomnijcie o nas”.

Dostępu do Bałtyku jeszcze nie było, ale marynarka nie działała wyłącznie na papierze...

Zgadza się. Na przełomie 1918 i 1919 roku udało się nam stworzyć dwie flotylle rzeczne. Pierwsza operowała na Wiśle, druga na Kresach Rzeczypospolitej, gdzie była stosunkowo gęsta sieć rzek, a przede wszystkim rozlewisko Prypeci, zwane też Morzem Pińskim. Trzonem flotylli stały się jednostki przejmowane od zaborców, przede wszystkim od Niemców i Austriaków. Były to niewielkie motorówki i uzbrojone statki, bo trudno je nazwać okrętami. Przeważnie dysponowały zainstalowanymi naprędce działkami czy karabinami maszynowymi, które wcześniej żołnierze wykorzystywali na lądzie. Niemniej flotylle rzeczne odegrały ważną rolę podczas tworzenia się polskiej państwowości. Na północy i zachodzie brały udział w przejmowaniu terenów od wycofujących się Niemców. Na wschodzie były wykorzystywane podczas starć granicznych z Ukraińcami, zwłaszcza podczas wojny polsko-bolszewickiej. Marynarze stoczyli wówczas, na przykład, zwycięską bitwę rzeczną pod Czarnobylem, a wiosną 1920 roku przyczynili się do zajęcia Kijowa. Kiedy bolszewicy wyprowadzili kontruderzenie i zbliżyli się do Warszawy, do walki włączyły się statki operujące na Wiśle.

Przekleństwem flotylli był jednak niski poziom rzek, do czego przyczyniło się gorące lato. Część jednostek nie była w stanie powrócić ze wschodu do macierzystych baz. Trzeba je było zatopić. Mimo to siły operujące na rzekach przetrwały aż do II wojny światowej, choć oczywiście ich znaczenie z każdym rokiem malało. Od 1920 roku mieliśmy przecież marynarkę na Bałtyku.

Dostęp do morza uzyskaliśmy na mocy traktatu wersalskiego. Ale początki nie należały chyba do najłatwiejszych?

Nasz główny problem wiązał się z tym, że nie otrzymaliśmy Gdańska. Został on wolnym miastem pod kontrolą Ligi Narodów. Polsce przypadł jeden tylko port – w Pucku. Jego infrastruktura była jednak zdekompletowana i zdewastowana. Tor podejściowy do portu trzeba było pogłębić, a i tak był za płytki dla dużych jednostek. Na szczęście twórcy polskiej marynarki potrafili sobie radzić i budować niemal z niczego. Tak było na przykład z wodnosamolotami. Przejęliśmy maszyny w opłakanym stanie. Często z kilku dało się skręcić jedną, ale ostatecznie dywizjon został sformowany. Uciekając się do fortelu, pozyskaliśmy pierwszy morski okręt – „Pomorzanin”. Niemcy z Gdańska nie chcieli rozmawiać z polskim rządem, więc Józef Unrug, wówczas jeszcze kapitan marynarki, kupił go od nich na własne nazwisko. Podobnie było z pogłębiarką niezbędną do funkcjonowania portu w Pucku. No, ale wkrótce ruszyła budowa Gdyni – jedno z największych przedsięwzięć gospodarczych II RP. Właśnie tam miała się mieścić nowa baza naszej marynarki.

Przyjrzymy się zatem przez chwilę twórcom marynarki. Skąd rekrutowały się jej kadry?

Wśród dowódców początkowo przeważali oficerowie mający za sobą służbę w mundurach armii Austro-Węgier. Z niej wywodził się pierwszy szef Sekcji Marynarki Wojennej w Ministerstwie Spraw Wojskowych pułkownik marynarki Bogumił Nowotny. Szybko jednak trzonem naszych sił morskich stali się dawni oficerowie carskiej floty. Taką przeszłość miał następca Nowotnego – kmdr Stefan Frankowski czy też późniejsi dowódcy polskiej marynarki wiceadmirałowie Kazimierz Porębski i Jerzy Świrski. Zazwyczaj mogli się oni pochwalić ogromnym doświadczeniem na morzu. Dowodzili okrętami, dywizjonami. Wielu z nich brało udział nie tylko w I wojnie światowej, lecz także w wojnie rosyjsko-japońskiej.

Z marynarki niemieckiej wywodziło się gros naszych podoficerów i szeregowych marynarzy. Oficerowie byli w zdecydowanej mniejszości – Polacy w pruskiej armii nie mogli awansować tak wysoko. Wyjątkiem był kontradmirał Józef Unrug, ale jego Niemcy uważali za rodaka.

A jaka była wizja rozwoju polskiej marynarki?

Początkowo mieliśmy plany nieomal mocarstwowe. W 1920 roku powstał program, który zakładał, że polska marynarka pozyska między innymi po kilkadziesiąt kontrtorpedowców i okrętów podwodnych. Jednak na tak duże zakupy zdecydowanie brakowało pieniędzy. W pierwszych latach niepodległości, na skutek powojennego podziału floty niemieckiej, dostaliśmy sześć małych torpedowców, ale tylko część z nich była w stanie dotrzeć do Polski o własnych siłach. W Danii kupiliśmy okazyjnie cztery trałowce, w Finlandii – dwie kanonierki. Były budowane dla Rosji, ale bolszewicy z nich zrezygnowali. Problem w tym, że trzeba je było we własnym zakresie uzbroić. Kupiliśmy do nich we Francji 100-milimetrowe działa, które jednak okazały się zbyt duże. Po demontażu stały się podstawą baterii Canet, mającej bronić podejścia do portu w Gdyni.

Tak więc w pierwszych latach nasza marynarka rozwijała się w myśl zasady: „u nas nic się nie zmarnuje”. Naprawdę nowy rozdział otworzyło dopiero podpisanie kontraktów, w ramach których francuskie stocznie miały zbudować dla nas zupełnie nowe kontrtorpedowce i okręty wojenne. W kolejnych latach podobne zamówienia złożyliśmy w Wielkiej Brytanii i Holandii.

Bałtyk jest morzem zamkniętym, stosunkowo niewielkim i płytkim, ale w II RP pozyskiwaliśmy duże okręty. Dlaczego?

Przygotowywaliśmy się do wojny przeciwko ZSRR. Musieliśmy mieć okręty, które dojdą na północ Bałtyku i będą w stanie przez dłuższy czas tam operować, na przykład blokując siły sowieckie w Zatoce Fińskiej.

Wybuch wojny zweryfikował jednak te plany. Z Niemcami na morzu nie mieliśmy szans?

Druga wojna światowa przewartościowała założenia taktyczne i operacyjne, także jeśli chodzi o działania na morzu. Bardzo ważną bronią stały się samoloty. Niemcy atakowali nasze okręty przede wszystkim z powietrza, ograniczając im możliwość wchodzenia do portów po zaopatrzenie. My zaś nie mieliśmy dostatecznie dużej liczby myśliwców, by osłonić nasze jednostki. Przecież większość naszych okrętów, w tym dwa największe, które straciliśmy we wrześniu 1939 roku, czyli stawiacz min ORP „Gryf” i niszczyciel ORP „Wicher”, zostały zniszczone właśnie na skutek uderzeń z powietrza.

By nie kończyć tak pesymistycznie: ostatecznie nasza marynarka miała duży wkład w pokonanie Niemców...

Była jedynym rodzajem sił zbrojnych, który po wrześniowej klęsce utrzymał ciągłość działania. Okręty, które jeszcze przed wybuchem wojny opuściły Polskę w ramach planu „Peking”, od razu przystąpiły do walki u boku Royal Navy. Wkrótce nasza marynarka na Zachodzie wzmocniła się o kolejne jednostki. Braliśmy udział w eskortowaniu atlantyckich konwojów, w lądowaniu w Normandii. Operowaliśmy na Morzu Śródziemnym. Niestety, to były ostatnie lata Marynarki Wojennej II RP.


Adam Jarski pracuje w Dziale Historyczno-Naukowym Muzeum Marynarki Wojennej w Gdyni. Jest współautorem licznych książek historyczno-militarnych poświęconych siłom morskim i lotnictwu.

Rozmawiał: Łukasz Zalesiński

autor zdjęć: Muzeum Marynarki Wojennej

dodaj komentarz

komentarze


Najpierw poligon, potem studia
Jest kompromis w sprawie rekompensat za broń dla Ukrainy
Homar-K coraz bardziej polski
Terytorialsi wykonywali pomiary dla naukowców z PAN-u
Rośnie liczba domniemanych aktów sabotażu
Kolejny incydent z udziałem rosyjskiego samolotu
Kolejna rosyjska prowokacja w powietrzu
Polonizacja coraz bardziej oczywista
Zobacz nowoczesny sprzęt polskiego wojska
Donald Tusk: Patrzcie z dumą na polską flotę!
Finowie o bezpieczeństwie w Europie do 2040 roku
Saperzy z Ukrainy potrzebują wsparcia
Mazurek Dąbrowskiego dla pływaczki „armii mistrzów”
„Polski Semtex”, czyli wybuchowa oferta Łukasiewicza i Nitro-Chemu
„Wielka ucieczka” okiem historyka
Eksportowy Rosomak
Polska a broń jądrowa – mity i fakty
Wybuchowe szkolenie podchorążych z WAT-u
Kanada i Polska stawiają na współpracę obronną
Fabryki zbrojeniowe pod większą ochroną
Pod okiem Chronosa
Anatomia pocisku
PIAP HUNTeR w nowej odsłonie na MSPO
Grupa WB i Kongsberg będą rozwijać morskie bezzałogowce
PZL Mielec w planach MON-u
Rekordowa licytacja „Kasku weterana”
Wzmacnianie potencjału
Gorący lipiec PKW Łotwa
Od Warmate po F-16. Pokaz możliwości Wojska Polskiego
Zbrojeniówka coraz mocniejsza
Wielkie zakupy
Wojskowe konstelacje
Wspólne manewry taktyczno-ratownicze
Wojskowe MMA dla terytorialsów
„Horyzont” przedłużony
Prawie 200 mld zł na zbrojenia w projekcie budżetu
Polska wzmacnia ochronę nieba
Piechur, artylerzysta, lotnik i… hydraulik
Oręż przeciw dronom
Flanka pod strażą
Nowy Warmate i Gladius 2. Premiery Grupy WB na MSPO 2026
Pomerania Has Potential
„Agat. Siła i ogień”. Album już w sprzedaży
Antydronowe ponczo z Polski
Armaty do Rosomaków i Borsuków z HSW
PGZ stawia na eksport
Program SAFE w pytaniach i odpowiedziach
Wyrok po tragedii w Krzekowie
Przeciwlotnicy i terytorialsi w Brzesku
MON proponuje zmiany przepisów ubiorczych
Battalions of the Future
Agresja na Polskę nie była „spacerem”
Powstanie „Agencja Uzbrojenia 2.0”
Moskwa w poszukiwaniu partnerów
Medale kajakarki, wspinaczki i spadochroniarek
Jak Polska wykorzystuje unijne pożyczki
Kadeci będą uczyć się obsługi dronów
PZL P.11c – Pościgowy taran!
Prezydencka wizyta na MSPO
Bezzałogowy myśliwiec przyleci z Polski?
Musimy zostać zauważeni
Walka w dwóch światach
Berlin: Rosja próbowała doprowadzić do zamachu na lotnisku
Nowa odsłona Wizjera
Ciężki BWP z Huty Stalowa Wola
Z prądem i pod prąd
Wystartował MSPO 2026
Abordaż z polskim wsparciem
Po medale na nartorolkach i w kajaku
Drony i czołgi, czyli nowa jakość prowadzenia działań
Łzy na treningu to cena, jaką warto zapłacić za sukces
Oczekujemy partnerstwa
Czołgi bez tajemnic
Nowości z „Łucznika”
MSPO 2026 – serwis specjalny „Polski Zbrojnej”
Premiery MSPO ‘26: system Gladius 2
Agencja Uzbrojenia 2.0 będzie promować polski przemysł obronny
Pomorze ma potencjał
Pancerna premiera HSW
W wojsku nie wszystkie butelki z kaucją?

Ministerstwo Obrony Narodowej Wojsko Polskie Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wojska Obrony
Terytorialnej
Żandarmeria Wojskowa Dowództwo Garnizonu Warszawa Inspektorat Wsparcia SZ Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Agencja Uzbrojenia

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO