moja polska zbrojna
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje w Polsce Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych, zwane także RODO).

W związku z powyższym przygotowaliśmy dla Państwa informacje dotyczące przetwarzania przez Wojskowy Instytut Wydawniczy Państwa danych osobowych. Prosimy o zapoznanie się z nimi: Polityka przetwarzania danych.

Prosimy o zaakceptowanie warunków przetwarzania danych osobowych przez Wojskowych Instytut Wydawniczy – Akceptuję

Argentyńska zagadka

Tak duże akcje zdarzają się rzadko, dlatego należy je wnikliwie analizować. Zdobyta w ten sposób wiedza może okazać się niezbędna – mówi kadm. w st. spocz. Czesław Dyrcz, wykładowca AMW, który zorganizował seminarium poświęcone poszukiwaniom okrętu podwodnego ARA „San Juan”. Jednostka z 44 marynarzami na pokładzie zaginęła w listopadzie na Atlantyku.

Ciągle śledzi Pan losy ARA „San Juan”?

Oczywiście. Media zajmują się tą sprawą już trochę mniej, ale ja od początku skupiałem się na innych źródłach. Choćby na stronie internetowej argentyńskiej marynarki wojennej. Tam nowe informacje pojawiają się każdego dnia. W końcu zakrojone na wielką skalę poszukiwania nadal trwają.

REKLAMA

W takim razie uporządkujmy fakty. Co wiemy do tej pory?

Okręt podwodny ARA „San Juan” był jednostką typu TR-1700. Stanowią one powiększoną wersję popularnych niemieckich okrętów typu 209. Jego załogę tworzyło 44 marynarzy. 13 listopada „San Juan” opuścił port Ushuaia na Ziemi Ognistej, by przejść do bazy marynarki wojennej Mar der Plata w prowincji Buenos Aires. Dwa dni później po raz ostatni nawiązał łączność z lądem. Dowódca zameldował wówczas, że bateria akumulatorów została zalana i że doszło do zwarcia. Najpewniej woda wdarła się przez chrapy albo system wentylacji. Okręt znajdował się wówczas 230 mil morskich od wybrzeży Argentyny. Szalał tam potężny sztorm, a wysokość fal dochodziła do dziesięciu metrów. Ostatecznie dowódca zdecydował, że okręt ucieknie przed sztormem pod wodę i korzystając z innej baterii wróci do bazy. Trzy godziny po przerwaniu łączności rozmieszczone na wyspach Atlantyku i Oceanu Indyjskiego czujniki, które należą do Organizacji Traktatu o Całkowitym Zakazie Prób z Bronią Jądrową, zarejestrowały specyficzne zjawisko akustyczne. Eksperci uznali, że mógł to być odgłos implozji kadłuba okrętu podwodnego, zaś jego pozycję ulokowali w pobliżu miejsca, skąd „San Juan” nadał ostatni sygnał o swoim położeniu.

W tym czasie trwała już akcja ratunkowa...

I to zakrojona na niezwykle wielką skalę. W poszukiwania włączyło się 18 państw. Akweny, na których może spoczywać wrak, przeczesują między innymi nowoczesne jednostki oceanograficzne z Rosji i Stanów Zjednoczonych. Używają w tym celu wielowiązkowych sonarów. Amerykanie wysłali też nad południowy Atlantyk dwa samoloty P-8 Poseidon oraz jeden P-3 Orion. To maszyny przeznaczone do wykrywania okrętów podwodnych. Ekipy poszukiwawcze mają również do dyspozycji podwodne pojazdy, które mogą zejść nawet na głębokość 1500–1800 metrów, dotrzeć do zatopionej jednostki i za pomocą specjalnego rękawa połączyć się z jej pokładem. W szczytowym momencie w operacji brało udział 4040 osób.

Do 30 listopada miała ona status „search and rescue”, co oznacza, że była operacją poszukiwawczo-ratowniczą. Maksymalny czas przeżycia rozbitków został obliczony na siedem dni. Teraz załogi okrętów i samolotów skoncentrowane są, niestety, na poszukiwaniu wraku.

Skoro w poszukiwania zostały zaangażowane tak znaczące siły, dlaczego nie uzyskały dobrego rezultatu?

Podstawowym problemem jest ukształtowanie dna. Okręt zaginął w rejonie stoku kontynentalnego, gdzie głębokość gwałtownie obniża się z 200 do nawet trzech tysięcy metrów. Samo dno przybiera nieregularne kształty. Pełno tam na przykład kanionów. Wszystko to znacząco utrudnia pracę specjalistycznych urządzeń. Zresztą namierzanie okrętu podwodnego z reguły jest bardzo trudne i przypomina trochę szukanie przysłowiowej igły w stogu siana. Wystarczy wspomnieć naszego „Orła”. Zaginął w 1940 roku, a my do dziś nie natrafiliśmy na wrak. A przecież jego dramat rozegrał się nie na oceanie, lecz  naMorzu Północnym, gdzie warunki są jednak znacznie korzystniejsze.

A jakie nastroje panują w samej Argentynie?

Rodziny bardzo mocno krytykują decydentów odpowiedzialnych za armię. Wraz z częścią ekspertów zwracają uwagę, że „San Juan”, choć najmłodszy z trzech argentyńskich okrętów podwodnych, był jednostką wiekową. Do służby wszedł w 1985 roku, a jego obecny stan techniczny budził poważne wątpliwości. Wiele osób mówi o domniemanych nieprawidłowościach podczas ostatnich remontów.

Dlaczego zdecydował się pan zorganizować seminarium poświęcone poszukiwaniom „San Juan”?

Tak duże akcje zdarzają się bardzo rzadko. Ostatnia miała miejsce w 2000 roku, kiedy na dnie osiadł rosyjski „Kursk”. Na jego pokładzie doszło do wybuchu torpedy. Część załogi przeżyła eksplozję, ale ostatecznie nikogo nie udało się uratować. Ja sam przez pięć lat służyłem na okręcie podwodnym jako nawigator. Wiem, że niesienie pomocy załogom uszkodzonych jednostek tej klasy jest niezwykle skomplikowane. I dlatego każdą akcję poszukiwawczą należy wnikliwie śledzić i analizować. Bo zdobyta w ten sposób wiedza, może okazać się niezbędna. Choć oczywiście dodać trzeba: „oby nigdy nie musiała”...

Na szczęście polskie okręty podwodne zwykle operują na Bałtyku, czyli morzu stosunkowo niewielkim, do tego płytkim. Gdyby, odpukać, doszło do nieszczęścia, namierzanie zaginionej jednostki nie byłoby chyba aż tak trudne jak na oceanie?

Bałtyk, choć płytki, charakteryzuje się specyficzną hydrologią. Poza tym polscy podwodniacy często wykonywali zadania także poza nim: na Morzu Północnym, Śródziemnym, a nawet Atlantyku. Musimy być przygotowani na każdą ewentualność.

I polska marynarka jest przygotowana?

W służbie są okręty ratownicze, które w razie potrzeby mogą, na przykład, za pomocą przewodów wentylować pokład spoczywającej na dnie jednostki, mamy dobrze wyszkolonych nurków głębokowodnych. Pamiętać jednak trzeba, że żadne państwo, z wyjątkiem Stanów Zjednoczonych i może jeszcze Rosji, nie jest w stanie prowadzić podobnych akcji zupełnie samodzielnie. Dlatego też ściśle współpracujemy z Niemcami i Szwecją, regularnie bierzemy udział w ćwiczeniach poświęconych tej tematyce.

Wierzy Pan, że w końcu uda się odnaleźć ARA „San Juan”?

Tak, wierzę w to. Nadzieję trzeba mieć do końca. Okręty i samoloty prowadzące poszukiwania dysponują naprawdę zaawansowanym technologicznie sprzętem. Jeśli wszyscy będą dostatecznie zdeterminowani, może im się udać. Choć oczywiście na odnalezienie żywych marynarzy nie ma już szans.

 

Kontradmirał w stanie spoczynku dr inż. Czesław Dyrcz przez pięć lat służył w załodze okrętu podwodnego ORP „Sokół”. W 1984 roku został dowódcą żaglowca ORP „Iskra”. Pod jego komendą okręt jako pierwsza jednostka pod wojenną banderą Polski opłynął kulę ziemską. Potem kadm. Dyrcz dowodził 9 Flotyllą Obrony Wybrzeża w Helu, a w 2007 roku został rektorem-komendantem Akademii Marynarki Wojennej. Funkcję tę pełnił przez osiem lat. Dziś jest wykładowcą gdyńskiej uczelni.

 

Rozmawiał Łukasz Zalesiński

autor zdjęć: AP / EAST NEWS, Marian Kluczyński

dodaj komentarz

komentarze

~asd
1513613700
Czytałem, że okręt czilijskiej marynarki wojennej, testując sprzęt dostarczony przez CIA (AQS-24B Minehunting System) spowodował zatopienie okrętu argentyńskiego.
9A-52-D4-B1

Pancerne starcie w Orzyszu
Sukcesy lekkoatletów w Pucharze Świata i Diamentowej Lidze
Armia zyskała 323 nowych oficerów
Myśliwce F-16 dla Chorwacji
PGZ i Leonardo chcą zbudować Kruka
Strzelcy ćwiczą z podhalańczykami
Czarna Dywizja najlepsza na spartakiadzie
Płonący tor przeszkód
Polski komandos szkolił afgańskich nawigatorów naprowadzania
Sojusz jak wspólna pięść
Frontowe miasta Legionów Polskich
Jak nas widzą, czyli Polska w oczach żołnierzy US Army
Cel: bezpieczne lotnisko
W Brukseli o Afganistanie i pieniądzach
Szkoła Orląt będzie Akademią
Polityka fałszywego uśmiechu
„Walka czołgów” – kolejne starcie
Spadochroniarze skakali po medale
Eastern Flank Pillar
Trump: „Polska nie jest zakładnikiem”
Terytorialsi w urzędach
Amerykańskie inwestycje w obronność krajów bałtyckich
Polskie Bryzy nad Afryką
Pierwszy nowoczesny okręt II Rzeczypospolitej
„Kormoran” opuścił Bałtyk
MON na lato dla dzieci żołnierzy
Prezydent i szef MON-u na Łotwie
Polscy piloci wracają z Kuwejtu
Więcej pieniędzy dla cywilów w wojsku
Kotwica Polski Walczącej dla WOT
34 medale żołnierzy na mistrzostwach Polski
Szkolenie Legii Akademickiej we Wrocławiu
„Sophia”: druga zmiana po certyfikacji
Pamięci Polaków pomordowanych na Wołyniu
Francja inwestuje w obronność
Polska delegacja w drodze do Brukseli
System dowodzenia dla wojsk lądowych
Inwestycje w Pionki
Igrzyska dla niezwyciężonych
Pożegnanie pilota MiG-a-29
Unitarka terytorialsów
Dwa medale kajakarki na Młodzieżowych Mistrzostwach Europy
„Saber Strike ’18” – decydujące starcie
NATO utworzy nową strukturę dowodzenia
Polak znaczy skazaniec
Terytorialsi na kursie dla ratowników wodnych
„Kościuszko” na oceanie
Wojownicy nad morzem
16–31 lipca – polskie oddziały na rosyjskiej ziemi
Kawaleryjskie święto w Hrubieszowie
Piłkarze z Czarnej Dywizji najlepsi w armii
Powitanie kuwejckiego kontyngentu
Sukces Trumpa czy Kima?
„Milion zza oceanu”, czyli Polacy w armii USA
Posłowie o „Wiśle” i PGZ

Ministerstwo Obrony Narodowej Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Żandarmeria Wojskowa Inspektorat Uzbrojenia Inspektorat Implementacji
Innowacyjnych Technologii Obronnych
Dowództwo Garnizonu Warszawa

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO