moja polska zbrojna
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje w Polsce Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych, zwane także RODO).

W związku z powyższym przygotowaliśmy dla Państwa informacje dotyczące przetwarzania przez Wojskowy Instytut Wydawniczy Państwa danych osobowych. Prosimy o zapoznanie się z nimi: Polityka przetwarzania danych.

Prosimy o zaakceptowanie warunków przetwarzania danych osobowych przez Wojskowych Instytut Wydawniczy – Akceptuję

 
Podwójny bohater. Od Powstania Warszawskiego do wojny w Indochinach

Gdy miał 20 lat, został żołnierzem elitarnego Batalionu „Miotła” i „Czata”, w czasie Powstania Warszawskiego należał do obstawy sztabu gen. Tadeusza Komorowskiego „Bora” i osobistej ochrony dowódcy ppłk. Jana Mazurkiewicza „Radosława”. O walce w okupowanej Warszawie opowiada Zygmunt Jatczak, żołnierz Kedywu, który po wojnie służył w Legii Cudzoziemskiej.


Zygmunt Jatczak na okręcie w Adenie, kwiecień 1952 r.

Był Pan żołnierzem Kedywu, a następnie batalionu „Miotła” i „Czata”. Jaka była Pańska droga do elitarnych oddziałów powstańczej Warszawy?

Proszę Pana, to wszystko zaczęło się w styczniu 1943 roku, a właściwie w dniu, kiedy mnie Niemcy schwytali w łapance i wywieźli do Majdanka. Tutaj poznałem chłopaka, z którym siedziałem aż do końca. Prawie dwa miesiące tam siedzieliśmy, na III polu, nie pamiętam już numeru baraku. Mojego współtowarzysza wykupiła matka przez gestapo. Miała tam znajomą agentkę. A mnie zwolnili, bo moja mama poszła do komendanta policji granatowej, pułkownika Aleksandra Reszczyńskiego. On dobrze znał mojego ojca, który przed wojną służył w policji. Pułkownik powiedział jej: „Pani Jatczakowa, niech pani się nie martwi, pani syn wróci”. I faktycznie wróciłem. Miałem szczęście, bo po dwóch tygodniach, 5 marca 1943 roku, pułkownika zastrzelili geelowcy w jego mieszkaniu na Żoliborzu.

Ten mój znajomy z obozu miał kuzyna, Ryszarda Sitnika, do którego często zachodziliśmy. Pewnego dnia zapytał mnie, czy bym nie chciał wstąpić do podziemia, bo potrzebują tam sprytnych chłopaków. No i tak się zaczęło. Któregoś dnia otrzymałem wezwanie, chyba do mieszkania na Hożej. Pamiętam, że to było mieszkanie którejś z koleżanek, nie było światła elektrycznego, tylko wszędzie stały zapalone świece. W takiej scenerii mnie zaprzysiężono i zostałem „Ryszardem”. Na początku przydzielono mnie do grupy Kedywu KG AK „Anatol” porucznika Tadeusza Janickiego „Czarnego”. Była to grupa dywersyjna. Byłem w niej do 1944 roku. W marcu tegoż roku, kiedy miałem już 20 lat, przenieśli mnie do grup bojowych, do Batalionu „Miotła”.

W  tym czasie, aby uniknąć wywózki do Majdanka, musiałem pracować. Zatrudnienie załatwił mi mój szwagier w pożydowskiej firmie przejętej przez Niemców – Amber. Prowadził ją trojhender Prusiewicz, poznaniak. On stale mi powtarzał: „Zygmunt, nie mieszaj się w żadne awantury, żebyś nigdzie nie należał. Żebym cię nie musiał potem wyciągać…”.

A Pan już dawno konspirował…

Tak, ale to działanie konspiracyjne było utrudnione, bo musiałem być ciągle w pracy. Na konspirację przeznaczaliśmy przeważnie weekend. Czasem wyjeżdżaliśmy za miasto, w lasy niedaleko Tłuszcza. Tam ćwiczyliśmy strzelanie lub musztrę.

Pamięta Pan ostatnie dni przed wybuchem Powstania?

Przez trzy dni stawiano nas w gotowości bojowej i ją odwoływano. Pierwszego sierpnia 1944 roku, pamiętam, siąpił wtedy deszcz, choć było ciepło, byliśmy na Hożej. Przyszedł do nas porucznik „Czarny” i powiedział: „Chłopaki, dziś nie będzie Powstania, idźcie do domu”. Wróciłem do siebie. Mama wtedy przygotowała mi obiad, było gdzieś przed godziną trzecią. Nagle przyjechał Rysiek Sitnik na rowerze i mówi: „Zygmunt, ubieraj się, powstanie!”. Właściwie początek to był jeszcze przed wybuchem, bo nasz oddział miał zbiórkę na rogu Nowolipek i Wolności, w budynku fabryki Kamlera. Tym samym, w którym swój sztab miał komendant główny AK, generał Tadeusz Komorowski „Bór”. Ja wtedy o tym nie wiedziałem, ale stanowiliśmy obstawę sztabu. I właśnie do tego budynku po szesnastej przyjechali po coś banschutze [straż kolejowa – P.K.] i wywiązała się strzelanina. Na szczęście w godzinę „W” przyszły nam na pomoc inne oddziały i nas wsparły.   

Drugiego dnia Powstania przypadkowo wpadłem do gabinetu generała „Bora” u Kamlera. Lubiłem wszędzie zaglądać. Zobaczyłem, że siedzi w gabinecie dyrektora. Szybko się wycofałem, zobaczyłem tylko jego łysinę i uciekłem. Z pierwszych chwil Powstania zapamiętałem jeszcze jeńców, którzy zostali przez mój oddział, „Miotlarzy”, rozstrzelani. Był to, moim zdaniem, błąd. Nie powinno się ludzi rozstrzeliwać, gdy się poddają. Ja wtedy odmówiłem wykonania tego rozkazu…

Czyli zostali rozstrzelani po ewidentnym poddaniu się? Do jakiej formacji należeli ci żołnierze?

Tak, byli już rozbrojeni. To nie byli żołnierze, tylko ci banschutze, którzy nas zaskoczyli w fabryce. Wszyscy byli Austriakami, sprawdzaliśmy później ich dokumenty. Mnie to zabolało, wcześniej zarówno w domu, jak i w oddziale uczono mnie honorowego zachowania, a tutaj… rozstrzeliwanie jeńców Na drugi dzień, 2 sierpnia, miałem zatarg z zastępcą dowódcy batalionu, podporucznikiem Sewerynem Skowrońskim „Anatolem”, który chciał mnie wyrzucić z oddziału za to, że mu nie zasalutowałem… Ostatecznie zostałem w batalionie, ale później tak dziwnie się składało, że często wystawiano mnie na pierwszą linię, na ubezpieczenie i o mnie „zapominano”. Na przykład na Bonifraterskiej ustawili mnie z tyłu jednego z domów. Naprzeciwko był mur, a za nim Niemcy. Nasi chłopcy obstawiali fronton tego domu, a mnie dowódca postawił z tyłu, na balkonie pierwszego piętra, z widokiem na Polonię. Trwało to dłuższy czas, więc wreszcie zszedłem z piętra do jednego chłopaka i pytam, jaka sytuacja. A ten, żebym wracał, bo Niemcy wszędzie w koło. Wróciłem na balkon, odbezpieczyłem moje dwie „filipinki” i visa i czekam na Niemców. Po chwili słyszę jakiś terkot, myślę: „cholera, czołg jedzie”, ale to był jakiś inny odgłos… I nagle pod moimi nogami tylko ogień wytrysnął. Zbiegam na parter: nie ma żywego ducha. Później dopiero zobaczyłem, że wszyscy moi koledzy wychodzą z piwnicy. A ten odgłos, to była mina samobieżna – Goliath. Po wyjściu z piwnicy cały mój pluton stał bezradny. Nie wiedzieliśmy, co dalej robić, a Niemcy walili z miotaczy i broni maszynowej ze wszystkich stron. Wreszcie padł rozkaz „Przebiegamy przez ulicę”. Po drugiej stronie, w bramie byli nasi. I wtedy na ochotnika jako pierwszy zgłosił się młody, może piętnastoletni chłopiec: „Ja, panie poruczniku”. Nie dobiegł, dzieciaka skosił erkaem na środku ulicy. Tak samo drugiego. Dopiero trzeci przebiegł. Podobnie było na Sapieżyńskiej, tam też Niemcy spalili miotaczami kamienicę, którą zajęliśmy wieczorem. Dosłownie podeszwy butów nam się paliły na pogorzelisku, gdy staliśmy na tej pozycji. A Niemcy po drugiej stronie w bramie ustawili cekaem i znowu padł rozkaz, żeby przeskoczyć ulicę. Dwóch pierwszych chłopaków przebiegło. Ja biegnę jako trzeci i nagle widzę pod moimi nogami ogień! Niemiec już dobrze się wstrzelił. Później zobaczyłem, że w nogawce spodni mam dziurę po pocisku smugowym – milimetry od kolana. Ani jeden z naszych już wtedy nie przeszedł. Porucznik  krzyknął, że obejdą w koło. A przecież można było tak od razu, żeby nie narażać naszego życia…

Piątego dnia Powstania zostałem pierwszy ranny w podobnej akcji. Dowódca rozkazał mi z meldunkiem przeskoczyć z rogu Żytniej i Okopowej na drugą stronę ulicy. Gdy szykowałem się do biegu, pocisk z działka przeciwpancernego uderzył w drzwi, przed którymi stałem. Wyrzuciło mnie na dwa metry i wyglądałem strasznie, cały pokrwawiony, z odłamkiem pocisku w ręce. Jak mnie sanitariuszki zaczęły opatrywać, okazało się, że ten odłamek wkręcił się w sweter – miałem tylko niewielką ranę na ramieniu i siniaki!

W powstaniu służył Pan między innymi w osobistej obstawie dowódcy podpułkownika Jana Mazurkiewicza „Radosława”. W jakich okolicznościach objął Pan tę funkcję i jak Pan zapamiętał tego legendarnego dowódcę?

„Radosława” pierwszy raz zobaczyłem chyba w trzeci dzień Powstania. Stał na Okopowej z oficerami. W czasie walk na Starym Mieście część naszego plutonu, do której należałem, była pod dowództwem podchorążego Leszka Niżyńskiego „Niemego”. Na Świętojerskiej obsadzałem barykadę z kolegą „Jaguarem”. Pamiętam nazywaliśmy go „Sercowy”, bo on był chory na serce. Ale jak się okazało, nie do końca był chory… W pewnej chwili mówi do mnie: „«Ryszard» poczekaj, coś przyniosę”. A Niemcy już byli blisko, przez tuby nawoływali do poddania się. „Jaguar” wrócił z puszką wołowiny i butelką wódki. Wypiliśmy tę wódkę, w głowie się nam zakręciło i wróciliśmy na barykadę. Patrzymy, zaczęło się bombardowanie, ściany się rozchwiały od bomb zrzucanych przez sztukasy. Mówię: „«Jaguar», skoczmy do bramy naprzeciwko, bo tutaj wszystko się wali”. Tak zrobiliśmy, ale wtedy zasypało nas w tej bramie. Wygrzebaliśmy się, a pijany „Jaguar” wbiegł z powrotem na barykadę i wygrażał pięściami niemieckim lotnikom. Potwierdziło się wówczas stare przysłowie, że „pijanego nieszczęście nie spotyka”, ani nas nie drasnęło. Zeszliśmy z barykady, a raczej z tego, co z niej zostało, i dołączyliśmy do ewakuacji.

Na Starym Mieście trwały zaciekłe walki. To było prawdziwe piekło! Tutaj, na placu Bankowym, zginął kolega, który mnie wciągnął do konspiracji. Nie przebiliśmy się ze Starego Miasta do Śródmieścia. Nie udał się ani atak przez gruzy, ani próba ataku przez kanały. Kiedy próbowaliśmy się przebijać, musieliśmy zostawić nasze pozycje niemalże puste. Wszyscy byli zgrupowani tam, gdzie mieli się przebić, a za nami masa cywilów… Kiedy atak się nie udał, wszyscy musieli się wycofać. Wreszcie zapadła decyzja o ewakuacji kanałami. W tej dramatycznej sytuacji trzeba było zostawić część ludzi na barykadach, żeby osłaniali odwrót głównych sił. Wszyscy stali w kolejkach do kanałów. Podszedł do nas dowódca i pyta: „Kto idzie na ochotnika zostać na barykadzie, ktoś musi zostać na ubezpieczeniu ewakuacji”. Myślę, nie mam już nic do stracenia, widziałem jak się nasz dom palił na Żytniej. O tym, że moja rodzina ocalała, dowiedziałem się dopiero kilka lat później, w Wietnamie. Zgłosiłem się i wtedy porucznik nakazał mi stawić się u „Radosława”. Co ważne, jak się zgodziłem zostać, do dali mi stena i amerykańskiego Colta 11,45, wcześniej miałem mausera, visa i granaty. Jak się zameldowałem w sztabie na Miodowej, to przyszedł do mnie „Radosław” i mówi: „Pokaż, co masz”. Patrzy na mojego podniszczonego stena i kolta i mówi: „Tylko to masz?’. Zawołał „Motyla”, Zbigniewa Ścibiora-Rylskiego, i rozkazał mu oddać mi nowiutką Błyskawicę. Ściborowi wyraźnie było to nie w smak, ale nie miał wyjścia.

Najpierw nas wysłano na Długą. „Radosław” otrzymał wiadomość, że tam któryś z oddziałów wycofuje się bez polecenia. „Radosław” wydał rozkaz jednemu z oficerów ze swojej świty – kapitanowi, nie pamiętam nazwiska, że w razie czego mam rozstrzelać jego dowódcę. Wchodzimy na Długą, a tam armagedon. Wszędzie ogień, wszystkie kamienice płoną. Na środku stoi jakiś oficer z chłopakami. My do niego podchodzimy i mówimy: „Panie kapitanie, proszę zajmować z powrotem stanowiska, bo inaczej będziemy musieli pana rozstrzelać”. Kapitan zbladł i zaczął krzyczeć na swoich żołnierzy, żeby wracali na stanowiska. Następnie dostaliśmy rozkaz, żeby sprawdzić wiadomość, iż Niemcy są już w kościele św. Jacka. Weszliśmy tam krużgankiem, od strony klasztoru. Patrzę, a pod kropielnicą klęczy staruszek, siwiutki i się modli. Pytam się: „Panie, nie widział pan Niemców?”. Ale do niego już nic nie docierało… Wchodzę do kościoła, a tam makabra – zwały trupów przywalone sufitem. Niemców już tu nie było…

Od tego dnia ciągle byłem przy „Radosławie”, w obstawie, aż do chwili zejścia do kanałów. Tutaj się pogubiliśmy. „Radosław” z oficerami gdzieś odszedł, a jego obstawa została na Długiej przy Barokowej. Patrzymy, cywile wychodzą z ruin od strony Daniłowiczowskiej – z tobołami na plecach i białymi flagami; wchodzą na barykadę i krzyczą do nas: „Bandyci, wycofujecie się, a nas zostawiacie na pastwę Niemców!”. Mówię do kolegów: „Trzeba strzelić na postrach, bo kobiety nas rozszarpią”. Strzeliłem może ze dwa razy w niebo i jako ostatni weszliśmy do kanału. A tam ciasno, miałem na sobie skórzany płaszcz niemieckiego motocyklisty, zrzuciłem go przed wejściem. Za mną szedł „Jaguar”. Nagle chwycił mnie za pas i krzyczy, że ma atak serca i że z tyłu za nami się pali, że Niemcy puścili benzynę i podpalili. A ja go proszę, żeby mnie puścił, bo ani on, ani ja nie ruszymy z miejsca. Wreszcie mnie puścił i jakoś doczołgaliśmy się do głównego kolektora i dołączyliśmy do naszej kolumny. Dalszej drogi już nie pamiętam, prócz tego, że bardzo chciało mi się spać. To było jak senny majak… Wyszliśmy na Wareckiej, niedaleko Poczty Głównej, i tam dołączyliśmy znowu do „Radosława”. Pamiętam, jak chodziliśmy z nim do generała „Bora” na Świętokrzyską. Tam się chyba kłócili, bo „Radosław” wychodził od niego zawsze bardzo poruszony. Musieliśmy mu też zawsze torować drogę, bo na Śródmieściu były tłumy ludzi. Któregoś dnia „Radosław” kazał nam się odmeldować i zgłosić do naszego oddziału, którego resztki były w Alejach Ujazdowskich, chyba w budynku ambasady szwajcarskiej. Stamtąd już wszyscy poszliśmy na Czerniaków. Tutaj po dwóch dniach Niemcy uderzyli na szpital św. Łazarza. Nasz pluton pod dowództwem porucznika Kazimierza Jackowskiego „Torpedy” dostał rozkaz pójścia na odsiecz i wówczas zostaliśmy odcięci. Wtedy cała nasza grupa, resztki po batalionie „Miotła” nazwane „Czatą”, została rozbita. My obstawialiśmy pałacyk Pniewskiego, czyli dzisiejsze Muzeum Ziemi. Zapamiętałem, że tam znaleźliśmy stół zastawiony jeszcze gorącym jedzeniem, którego Niemcy nie zdążyli zjeść przed wycofaniem się. Pamiętam do dziś smak gorącego gulaszu i puszki ze sztucznym miodem. My, wszyscy, zamiast obstawiać okna i prażyć Niemców, zajadaliśmy się tymi przysmakami.

Tutaj kolejny raz miałem nieprzyjemną sprawę. Kiedy przyszedł rozkaz od „Radosława”, żeby nikogo nie przepuszczać ze Śródmieścia na Czerniaków, ja akurat stałem na posterunku. Przychodziły do mnie dziewczyny i prosiły, że chłopaków pozostawiały… A ja: „Macie przepustkę? Jeśli nie, to wracać”. W pewnym momencie podeszło do mnie dwóch oficerów, kapitan z majorem, w polskich mundurach z dystynkcjami. I ja ich pytam: „Panowie, macie przepustki?”, a oni, że nie. To ja proszę: „Panowie, do tyłu”. A oni zaczynają ze mnie żartować. Mówię do nich: „Panowie, możecie się śmiać, ale ja was nie przepuszczę”. Słyszę, jak jeden do drugiego mówi: „Strzel chamowi w łeb”. A ja odbezpieczyłem błyskawicę i mówię: „Tylko spróbuj…”. Zaczął się krzyk, wyskoczył mój dowódca „Torpeda” i pyta: „«Ryszard», co się dzieje?” A ja mówię, że ponowie oficerowie chcieli mnie zabić. Wtedy „Torpeda” rozkazał mnie zluzować. Nie wiem, jak to się skończyło. Przypuszczam, że „Torpeda” ich puścił.

Ale tym samym potwierdził Pan, że jest zdyscyplinowanym żołnierzem

Tak, ale znowu zaczęło się „zapominanie” o mnie. Jak sowiecka artyleria zaczęła ostrzał Czerniakowa, już po 13 września, to przyszedł rozkaz, żebyśmy się wycofali z zajmowanych stanowisk (ja trzynastego ponownie zostałem ranny – do dziś mam kulę w prawej dolnej szczęce). Była umowa, że my się wycofujemy, a Rosjanie rozpoczną ostrzał niemieckich stanowisk. Nie wiedzieć czemu, nikt mnie nie ściągnął z posterunku i zostałem na Książęcej 7, w ruinach po naszej kwaterze. Po trzecim wybuchu pocisku artyleryjskiego wycofałem się do piwnicy, by przeczekać tę kanonadę. Naraz wpadają do tej piwnicy ludzie w niemieckich panterkach! Zamierzam się z automatu, a oni krzyczą: „Nie strzelaj, my z «Zośki»!”. Okazało się, że przedarli się przez niemieckie pozycje. Pytają, gdzie nasi, a ja odpowiadam, idźcie do tyłu. A rosyjska artyleria nie przestaje strzelać. Wypadłem za nimi z piwnicy, a przede mną wybuch, podnoszę się z leja, do którego wpadłem, a za mną kolejna eksplozja. Wie pan, chciało mi się wtedy płakać, bo co się podniosłem, to wybuch. Ale jakoś wreszcie udało mi się dotrzeć do oddziału, a tam zdziwienie: „«Rysiek» zmartwychwstał!”. Koledzy pozwolili mi wtedy odpocząć, a nawet odczyścili zapiaszczoną błyskawicę. Od tego czasu do kapitulacji Niemcy praktycznie już nas nie atakowali.

Po upadku Powstania trafiłem do niemieckiej niewoli. Przeszedłem przez obozy w Berlinie, Sandbostel, Westertimke i Neugamme niedaleko Bremy. W tym ostatnim doczekałem wyzwolenia przez Brytyjczyków wiosną 1945 roku. Wstąpiłem do policji porządkowej pilnującej obozów dipisów w Bremie (dipisi ,z ang. displaced persons, osoby wywiezione w czasie II wojny światowej na przymusowe roboty do III Rzeszy – P.K.). Szybko jednak zaczęły się pytania o to, co robić dalej. Wybrałem służbę we francuskiej Legii Cudzoziemskiej i trafiłem do Indochin…

W drugiej części wywiadu Zygmunt Jatczak opowie o tym, dlaczego w 1947 roku zaciągnął się do Legii Cudzoziemskiej i jak wyglądała wojna w Indochinach.

Porucznik Zygmunt Jatczak, żołnierz Kedywu, a następnie Batalionu „Miotła” i „Czata” w Powstaniu Warszawskim. Po wstąpieniu do Legii Cudzoziemskiej w 1948 roku został legionistą 13 półbrygady Legii Cudzoziemskiej, tej samej, która wraz z polską Samodzielną Brygadą Strzelców Podhalańskich odznaczyła się w walkach pod Narwikiem w 1940 roku. W szeregach brygady walczył na południu Indochin. Zarówno za udział w powstaniu, jak i za walki w Indochinach wielokrotnie odznaczany, m.in. Krzyżem Walecznych i Medaille Militaire. 9 lipca 2017 roku Zygmunt Jatczak został odznaczony najwyższym francuskim orderem – Legią Honorową.

Piotr Korczyński

autor zdjęć: arch. prywatne, Piotr Korczyński

dodaj komentarz

komentarze

~Nick
1513443900
Świetny tekst!
8D-AD-AF-CC
~Patryk
1513419900
Oto droga prawdziwego żołnierza! Super wywiad.
8E-DA-A4-95

Polska historia w Norwegii
 
Posłowie o kondycji polskiego przemysłu obronnego
Desant na czeskich spadochronach
Gotowi na F-35?
Morska Bryza w pobliżu Krymu
You Don’t Get to Choose Your Tasks Here
Wkręceni w skoki
„Pułaski” wrócił do kraju
Działalność firm na rzecz obronności
Terytorialsi – ćwiczą i pomagają
Dni Huty Pieniackiej były policzone
Obrady Rady Unii Europejskiej
Polskie szpadzistki mistrzyniami Europy
Szykują się zmiany w wojskowych emeryturach
Rozdarty subkontynent
Igrzyska dla Polonusów
Kolejne drony dla WOT-u
Kierunek: Afganistan
W Polsce będzie więcej żołnierzy z USA
Pięcioro żołnierzy medalistami II Europejskich Igrzysk
Bomby dla Jastrzębi produkowane w Polsce
Nowelizacja ustawy o weteranach w Sejmie
NATO silniejsze z rezerwistami
Judocy z Czarnej Dywizji najlepsi w armii
Sojusze na fali
Od konfliktu do zgody
Misja specjalna „Projektu Wojownik”
Nowi szturmani w JW Agat
Weterani zapraszają kolegów z USA i Mołdawii
Ankona – samodzielna polska operacja
W NATO o zwiększeniu obecności militarnej USA w Polsce
Zmiana ustawy o weteranach trafiła do Sejmu
Obława pełna białych plam
Bitwa o Lwów
Brytyjska „pamiątka”
Tak umierał Wołyń
„Operacja Wuhan” na ostatniej prostej
Kolejna szabla AFN zdobyta
Rywalizacja na zamkniętym morzu
Terytorialsi pamiętają o bohaterach!
Kapral Lewandowski na podium w Londynie
Formowanie 19 Brygady
„Dragon’19” od kuchni
The Chariots of Jihad
Nowe nakolanniki
Rivalry on Closed Sea
Prezydent przedłużył misję „Sophia”
F-35 wylądowały w Powidzu
ORP „Mewa” – historia bliska końca
Żołnierze WOT wesprą harcerzy
Stawiamy na rozwój
Rozpoczynamy nową erę
Desant z transportowca-giganta
Zdobądź stopień naukowy doktora na WAT
Będzie modernizacja T-72
Polscy żołnierze otworzą w Libanie nowy rozdział

Ministerstwo Obrony Narodowej Wojsko Polskie Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wojska Obrony
Terytorialnej
Żandarmeria Wojskowa Dowództwo Garnizonu Warszawa Inspektorat Wsparcia SZ Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Inspektorat Uzbrojenia

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO