moja polska zbrojna
Od 25 maja 2018 r. obowiązuje w Polsce Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych, zwane także RODO).

W związku z powyższym przygotowaliśmy dla Państwa informacje dotyczące przetwarzania przez Wojskowy Instytut Wydawniczy Państwa danych osobowych. Prosimy o zapoznanie się z nimi: Polityka przetwarzania danych.

Prosimy o zaakceptowanie warunków przetwarzania danych osobowych przez Wojskowych Instytut Wydawniczy – Akceptuję

Czy ludobójstwu wołyńsko-małopolskiemu dało się zapobiec?

Pamięć o 135 tysiącach ofiar zbrodni OUN-UPA na Wołyniu stała się symbolem kontrowersyjnych zaniechań. Weterani AK, którzy na Kresach Południowo-Wschodnich często potracili swoje rodziny, niejednokrotnie stawiali pytania: Czy krwawej rzezi bezbronnych cywilów dało się zapobiec? Czy można było zrobić więcej?

Odpowiedź często była twierdząca. Pytaniom i wątpliwościom dał wyraz Andrzej Żupański, jeden z żołnierzy podziemia, pisząc w przedmowie do jednej z książek: „Komenda Główna Armii Krajowej nie udzieliła żadnej pomocy zbrojnej ginącej ludności polskiej Wołynia i Małopolski Wschodniej. Ta decyzja powinna być poddana badaniom naukowym”. Co znaczące, sam Żupański nie był z tamtymi ziemiami rodzinnie w żaden sposób związany. Ale znany był z utrwalania wśród młodego pokolenia etosu Armii Krajowej, tak jak i niepoddawania się emocjom. A jednak temat ten powracał do niego i jego kolegów nieustannie.

Choć na hasło ludobójstwo na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej przed oczami pojawia się krajobraz ze spalonymi, spustoszonymi polskimi wsiami, historia jednej miejscowości miała zupełnie inne zakończenie. Potwierdzające, a na pewno uprawdopodobniające tezę, że wydarzenia na Kresach Południowo-Wschodnich mogły potoczyć się inaczej. Mowa o Przebrażu, który stał się symbolem zwycięskiego oporu Polaków. Miejscowość, która przed wojną liczyła około tysiąca mieszkańców, w 1943 roku rozrosła się co najmniej dziesięciokrotnie za sprawą uciekinierów z innych unicestwianych polskich wiosek. Powstał tam cały system obronny: okopy, bunkry, zasieki z drutu kolczastego, gniazda karabinów maszynowych. Zorganizowano nawet produkcję broni. Działał wywiad AK. Na czele samoobrony stał komendant wojskowy oraz komendant cywilny. Każdy mieszkaniec miał przydzielone konkretne role – żołnierze w dzień pracowali, w nocy pełnili warty. Jednak mimo świetnej organizacji, warunki, na przykład sanitarne, panujące w miejscowości bywały niezwykle trudne.

Siły UPA, które zostały ściągnięte do rozbicia tej samoobrony, kilkakrotnie przewyższały liczbę uzbrojonych mieszkańców Przebraża. Mimo to Polacy przez kilka miesięcy odpierali zaciekłe ataki upowców oraz towarzyszących im zwykłych siepaczy i szabrowników. Punktem przełomowym było przedostanie się z oblężonego Przebraża gońca, któremu udało się bezpiecznie dotrzeć do partyzantki sowieckiej i poprosić o pomoc. Akcja była ryzykowna, bo przecież nawet gdyby wysłannik polskiego podziemia odnalazł rosyjski oddział, nie było pewności, że nie zostanie przez Rosjan zabity. Ci jednak zgodzili się przyjść z odsieczą. Główne siły UPA zostały zaatakowane z dwóch stron jednocześnie – przez Sowietów i polskich obrońców Przebraża. Walka skończyła się 31 sierpnia 1943 roku masakrą ukraińskich nacjonalistów.

Nasuwa się pytanie, dlaczego to, co udało się w Przebrażu, nie udało się w innych miejscach na Wołyniu? Przede wszystkim Przebraże różnił jeden szczegół – tu dowodziło dwóch świetnych wojskowych i znakomici cywilni organizatorzy.

Niestety, oficerów i potencjalnych przywódców Sowieci już wcześniej wywieźli z tych terenów. Czy jednak nie można było takowych przysłać, skoro dowództwo AK i tak miało to w zwyczaju, gdy budowało struktury organizacji w różnych podziemnych jednostkach terytorialnych?

Dlaczego nie przerzucono oddziałów, gdzie każdy w miarę przyzwoicie uzbrojony pluton mógł uratować przed UPA mieszkańców kilku wsi? Co więcej, katastrofalny okazał się pomysł zachęcania ludności polskiej, by pozostawała na miejscu, propagowany w kręgach polskiego podziemia. Przyjęto bowiem założenie, że jej obecność udokumentuje przed Sowietami polskość tych terenów. Zwalczanie UPA nie było zresztą dla polskich władz podziemnych programowe i nosiło raczej charakter defensywny.

Dziś trudno jednoznacznie stwierdzić, czy chodziło o niewywoływanie regularnej wojny AK z UPA. Ta, jak można było się obawiać, posłużyłaby Sowietom za pretekst do oskarżeń, że Polacy są okupantami na tych terenach, a ludność ukraińska nie popiera przynależności tych terenów do Polski. Jedno jest jednak pewne. Polskie podziemie prowadziło słuszną politykę unikania zbędnych ataków na Niemców, by oszczędzić ludności represji, jednak takie działanie było uzasadnione w przypadku centrum kraju. Na Kresach Południowo-Wschodnich AK mogła prowadzić konkretne, potrzebne akcje przeciw OUN-UPA.

Zresztą później, na potrzeby operacji „Burza”, właśnie z mężczyzn ocalałych z polskich wiosek sformowano na początku 1944 roku największą, bo 7-tysięczną jednostkę – 27 Wołyńską Dywizję AK, która z UPA radziła sobie bardzo dobrze. Czy nie można było uczynić tego nieco wcześniej? Wtedy, gdy żyła jeszcze duża część tych, którzy później znaleźli się wśród 60 tysięcy osób zamordowanych przez UPA.

Sama UPA przysłużyła się Sowietom doskonale. Skutecznie zmotywowali ludność polską do ucieczki czy ekspatriacji na ziemie zachodnie. Masakra dokonana na Polakach osłabiała polskie społeczeństwo, zmniejszając możliwości oporu przed sowietyzacją. W dodatku, eksterminacja została dokonana „nie ich rękoma” – tak jak nie ich, lecz niemieckimi rękoma zlikwidowano potencjalnie problematyczną społeczność oraz inteligencję Warszawy. Co więcej, Sowieci mogli jeszcze wystąpić w roli wyzwolicieli i pokazać, że okupacja sowiecka to nie najgorsze, co ludność cywilną może czekać.

Mimo krytyki postaw i decyzji tych, którzy dowodzili w Armii Krajowej, trzeba powiedzieć, że sami jej członkowie zrobili we własnym zakresie bardzo dużo, by ludności polskiej pomóc. Nie tylko starali się przed OUN-UPA bronić, ewakuowali ludność, uderzali na własną rękę, osłaniali ją, dokonywali ekspedycji karnych czy odwetów (niekoniecznie mordując niewinną ludność) i jednocześnie słali alarmujące depesze do centrali. W tym samym czasie realizowali odgórne założenia walki z okupantem niemieckim.

 

Aleksander Szycht , redaktor kwartalnika "Polska Zbrojna Historia”, specjalizujący się w tematyce nacjonalizmu ukraińskiego

dodaj komentarz

komentarze

~Nick Name
1562945520
Niestety jest to bardzo drazliwy temat dla elit a w szczegolnosci dla dowodcow AK.Prawda jest taka ze nie przyszli z pomoca Wolyniu.Warszawa jako centrala cala wojne opieszale traktowala Wolyn.AK byla formacja typowo anty niemiecka i tylko ta walka miala dla dowodcow AK znaczenie i priorytet.Niestety AK zostala stworzona do obrony Polakow a na Wolyniu nie zrobila praktycznie nic w celu uratowania ludzi.AK wolala zbierac sily na operacje 'Burza"niz bronic rodakow.Dobrze ze zaczyna sie o tym mowic jest to kolejna po powstaniu Warszawskim potezna rysa na micie Armi Krajowej.
6D-56-96-DB
~Maciek
1499858280
Warto wspomnieć również o tym, że gdyby II RP nie zarekwirowała na potrzeby mobilizacji broni kresowiaków na pewno punktów oporu jak i samych ofiar byłoby mniej. Dlatego tak ważne jest aby nie tylko żołnierze i funkcjonariusze mieli broń ale również zwykli obywatele do samoobrony.
BF-BB-89-ED

Wypadek w PKW UNIFIL
Jest nowy szef BBN
Zmiana resortowych planów: jeszcze więcej OPW
Sześć medali żołnierzy w sportach walki
Rumuni rozdzielają środki z SAFE
NATO i USA o Iranie
WAM coraz bliżej Łodzi
Generał Chmielewski na czele cyberwojska
Szef MON-u na Defence24 Days
Kurs „Piorun” – prawdziwy sprawdzian morale
Australijską armią będzie dowodzić kobieta
Wyścig Stalina
„Kryzys” na AWL-u
Ostrosz zamiast Mureny
Nauki i nauczki z Afganistanu
Terytorialsi wspierają służby w powiecie biłgorajskim
Nowe łodzie wojsk specjalnych
Srebro dla AWL-u w grach wojennych
Systemy antydronowe poszukiwane
Zbrodnia bez kary
Czekając na czołgi
Mosty nad Narwią
Natarcie w deszczu
Adaptacja i realizm
Edukacja na potrzeby nowej fabryki rakiet
Strykery w akcji
Czołgi poszły w las
Zbrojeniówka wchodzi do Raciborza
Silniki do Abramsów będą serwisowane w Dęblinie
Pościg Leopardów
Rosyjskie myśliwce przechwycone nad Bałtykiem
Powrót WAM-u
Zbrodnia i kłamstwo
Leopard, czyli zwycięstwo na ostatniej prostej
Rzeźnik w rękach GROM-u
Premier: Polska zbuduje armadę dronową z Ukrainą
WOT będzie szkolić pracowników Orlenu
SAFE staje się faktem!
Świat się zbroi na rekordową skalę
Sprzęt wojskowy i technologia na PGE Narodowym
Celne oko strzelców z „armii mistrzów”
Medale żołnierzy w pływaniu, biegach i chodzie
Nowe zasady finansowania szkolenia żołnierzy-medyków
Kosmiczne oko armii
Bursztynowy wstrząs
Syndrom Karbali
Polsko-irlandzkie rozmowy o współpracy
Lekcja 3 Maja
Młodzi mechanicy pojazdów specjalnych
Więcej strzelnic w powiecie
Kluczowe 30 dni
Bieg ku pamięci bohaterów
Medyczne centrum w Krakowie
Cenckiewicz rezygnuje z szefostwa BBN
WOT z Kraśnika i Zamościa walczy z żywiołem
Marynarz w koreańskim tyglu
Groźny incydent w Libanie
Wicepremier apeluje o jedność
Sejm uchwalił ustawę o SAFE
„Końca cywilizacji” w Iranie na razie nie będzie
Mundury noszą ludzie
Podwójny emeryt, jedno świadczenie
Początek wielkiej historii
Od cyberkursu po mundurówkę

Ministerstwo Obrony Narodowej Wojsko Polskie Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wojska Obrony
Terytorialnej
Żandarmeria Wojskowa Dowództwo Garnizonu Warszawa Inspektorat Wsparcia SZ Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Agencja Uzbrojenia

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO