Jak zostałem oficerem

W momencie, w którym podczas szkolenia po raz pierwszy poczułem to, co jedni nazywają „esprit de corps”, a inni po prostu duchem zespołu, postanowiłem zostać oficerem i związać się z wojskiem na całe życie.

 

Kiedy leżałem w izbie chorych i nie mogłem brać udziału razem z plutonem w szkoleniu Narodowych Sił Rezerwowych, żałowałem, że przydarzyła mi się kontuzja. Wiedziałem, że chłopaki wylewają pot podczas nocnych ćwiczeń taktycznych, ale widząc niebo rozświetlone flarami i nabojami błyskowymi oraz słysząc huk ślepej amunicji, czułem, że powinienem razem z nimi przeżywać trudy szkolenia. Myślę, że to o tym uczuciu mówili mi starsi koledzy, którzy służyli w wojsku „za zety”. Pamiętam ich opowieści, że chociaż mocno dostali w kość, był to najlepszy okres w ich życiu. O „kolegach z wojska” już nie wspomnę.

Poczucie braterstwa, wspólnoty i odpowiedzialności za innych? Zagraniczni koledzy mówią na to „cohesion” lub „esprit de corps”, u nas dominuje określenie „duch zespołu”. Wtedy poczułem go po raz pierwszy i zdecydowałem, że tak chcę żyć i jak najczęściej czuć te emocje. Wtedy też postanowiłem związać się z wojskiem na całe życie. Byłem zafascynowany takimi postaciami, jak świetny strateg gen. Rozwadowski, prawdziwy dowódca gen. Sosabowski i gorliwy patriota rtm. Pilecki. Chciałem choć w części być taki, jak oni. Pamiętam, jak już po przysiędze dowódca drużyny pytał o plany po służbie w NSR-ze. Odpowiedziałem, że chcę zostać żołnierzem zawodowym i zamierzam się starać o miejsce w szkole oficerskiej. Powiedział mi wtedy, że jeśli nie mam jakiegoś wojskowego w rodzinie, to nie mam co się męczyć, bo tylko „plecaki” się dostają. Stwierdziłem, że i tak spróbuję. I spróbowałem.

Dlaczego? Chciałem służyć ojczyźnie; znów poczuć „cohesion”; usłyszeć „Mazurka Dąbrowskiego” i czuć dumę z tego, że jestem Polakiem, i że jestem żołnierzem. Bo mimo że nasze wojskowe uroczystości (w przeciwieństwie do zagranicznych) często trwają niemożliwie długo, to słysząc hymn państwowy lub „Pieśń Reprezentacyjną Wojska Polskiego”, automatycznie się prostujemy i czujemy wszechogarniającą dumę.

 

Początki są trudne

Wiadomości, które znalazłem na forach internetowych, nie napawały optymizmem. Wciąż natrafiałem na opinie podobne do tej usłyszanej od dowódcy drużyny. Załatwiłem jednak wszelkie formalności, przeszedłem pozytywnie badania lekarskie, testy sprawnościowe i odbyłem rozmowę kwalifikacyjną. Otrzymałem po niej bardzo wysoką punktację, co – według opinii z forów internetowych – nie powinno mieć miejsca. Matura poszła mi bardzo dobrze, ale mimo to miałem wątpliwości, czy się uda. Po kilkunastu dniach ogłoszono listę szczęśliwców. Było na niej moje nazwisko. A jednak można – pomyślałem i poczułem ogromną radość.

Przekraczając próg uczelni, spostrzegłem umieszczoną na ogrodzeniu tablicę z sentencją, która zapadła mi w pamięć i którą wciąż staram się kierować: „Duma naszej Ojczyzny – polscy oficerowie”. Rzeczywiście, poczułem dumę, a jednocześnie ciężar odpowiedzialności, którą na siebie przyjąłem. Droga do celu miała być ciężka i długa (cztery lata w tym czasie zamieniły się w pięć, z powodu zmian w prawie). Myślałem, że wiem, na co się piszę, bo przecież wcześniej byłem w NSR-ze.

Pierwszy miesiąc upłynął pod znakiem „unitarki”, czyli podstawowego szkolenia z zakresu żołnierskiego abecadła. Strzelanie, taktyka, topografia, wychowanie fizyczne, rozpoznanie i oczywiście „rejony” były naszym chlebem powszednim, przeszedłem to już wcześniej. Potem przysięga kolegów i rozpoczęcie normalnych studiów.

 

Jeden dzień szkoły życia

Okazało się, że tok studiów jest dwutorowy – równolegle są prowadzone te cywilne oraz wojskowe. I chociaż ze względu na mnogość przedmiotów i szeroki zakres szkolenia każdy dzień różni się od poprzedniego, to generalnie przebiega według stałego harmonogramu.

Zazwyczaj zaczyna się od komend podoficera dyżurnego: „Pobudka, pobudka! Wstać! Czas do wyjścia na poranny rozruch fizyczny – siedem minut! Strój – dres!” (pierwsze trzy lata wstawaliśmy o 5.30, następnie o 6.00). Po tej komendzie podchorążowie ścielą „wozy”, ubierają się, wychodzą na zbiórkę i udają się na trzykilometrową zaprawę. Po powrocie mają trochę czasu na poranną toaletę, włożenie munduru i na śniadanie, na które wychodzi cała kompania. Przykładowy jadłospis jest następujący: muesli morelowe, ser, pomidor, bułka, masło i oczywiście herbata, czasem nawet gorący kisiel. Wszystko w określonej gramaturze. Po śniadaniu żołnierze przygotowują się do apelu porannego oraz zajęć. To czas na golenie, poprawę porządków w izbach, pobieranie sprzętu niezbędnego do zajęć (broń, lornetki, kompasy). Na placu apelowym dowódca kompanii przedstawia najważniejsze przedsięwzięcia do realizacji w ciągu dnia. Potem następuje szkolenie programowe, które zwykle trwa od godziny 8.00 do 14.45. Oto przykładowy rozkład zajęć: półtorej godziny WF-u, temat „Atletyka terenowa i tory przeszkód”, po którym zazwyczaj podchorąży nie ma już ochoty na nic (oczywiście z powodu zmęczenia); półtorej godziny zajęć „cywilnych” ze statystyki opisowej i czas na długą przerwę śniadaniową. Po przerwie dalszy ciąg zajęć: język angielski i dowodzenie. Następnie apel popołudniowy z podsumowaniem dnia szkoleniowego i wstępnym nakreśleniem kolejnego. Czasem dowódca może omówić jakiś temat, który uważa za ważny, przykładowo złe zachowanie podchorążych podczas uroczystego obiadu z rektorem. Potem jest czas na posiłek i ewentualnie dalszy ciąg szkolenia, np. z topografii wojskowej lub z TiPS-u (teorii i praktyki strzelań). Po kolacji i czasie na samokształcenie lub czasie wolnym, o godzinie 21.30 dla pierwszych trzech roczników i o 22.00 dla czwartego i piątego roku podoficer dyżurny ogłasza: „Capstrzyk! Capstrzyk! Capstrzyk! Spać!”. Podchorążowie gaszą światła i teoretycznie zapadają w głęboki sen, trwający aż do następnej zaprawy. Cały cykl powtarza się przez wszystkie lata. Często po zajęciach mieliśmy „rejony”, czyli sprzątanie i „lulanie” (jedno z ulubionych słów dowódcy) pododdziału lub treningi musztry. Gdy opuszczałem mury uczelni (lipiec 2016), „rejony zewnętrzne” wykonywała firma outsourcingowa. Podchorążowie natomiast niezmiennie pełnią w szkole różnego rodzaju służby, począwszy od dyżurnego kompanii, na pomocniku oficera dyżurnego skończywszy.

 

Decyzje, decyzje…

Pierwszy rok, ogólnowojskowy, jest taki sam dla wszystkich. To czas, aby zastanowić się nad kierunkiem studiów, potem już trudniej jest zmienić specjalność. Ja wybrałem specjalność przeciwlotniczą, podobnie zresztą jak podczas szkolenia w NSR-ze.

Po pierwszym roku nadal mamy większość przedmiotów takich samych, ale specjalistyczne już się różnią, podobnie jak terminy wyjazdów na poligony lub praktyki dowódcze (podchorążowie odbywają praktyki dowódcze na szczeblu drużyny oraz plutonu).

Podchorążowie uczestniczą też w różnych kursach, np. narciarstwa, jeździectwa lub ratownika pola walki. Do tego dochodzą marsze kondycyjne (raz na kwartał) oraz udział w uroczystościach państwowych lub wojskowych. Zazwyczaj udział w kompanii honorowej wypada w weekend. Życie w szkole nie jest proste i trudno jest je pogodzić z tym prywatnym, gdyż udzielenie wolnego czasu zależy od dowódców (mogą dać przepustkę, jeśli nie ma żadnych przedsięwzięć), a ważna jest efektywna organizacja dnia. W ciągu pięciu lat przechodzi się przez sito egzaminów. Do tego dochodzą zaliczenia praktyk dowódczych i szkoleń specjalistycznych w jednostkach lub centrach szkolenia. Podchorąży ma prawo do 45 dni urlopu w ciągu roku. W czasie nauki pobiera, w zależności od roku nauki oraz stopnia, uposażenie sięgające obecnie od 35 do 80% najniższego wynagrodzenia zasadniczego.

Atutem uczelni jest ogromny wybór sekcji sportowych oraz kół naukowych. Tych pierwszych jest kilkanaście i obejmują w zasadzie wszystkie dyscypliny, w tym stricte wojskowe, jak pokonywanie toru OSF (ośrodek sprawności fizycznej). Najprężniej działa sekcja WWBK (walki w bliskim kontakcie), założona w 2012 roku, której największym osiągnięciem jest organizacja mistrzostw Wojska Polskiego. Do tej pory odbyły się one dwa razy, a to wszystko za sprawą opiekuna sekcji kpt. Macieja Kupryjańczyka. Dzięki uczestnictwu w sekcjach i kołach naukowych studenci nie tylko mogą rozwijać przydatne umiejętności, lecz także odwiedzić miejsca, do których dostęp jest ograniczony, np. jednostki wojsk specjalnych. Ogromnym walorem jest także współpraca międzynarodowa z innymi uczelniami wojskowymi. Udział w zagranicznych wyjazdach w oczywisty sposób przyczynia się do zwiększenia kompetencji dowódczych oraz umiejętności interpersonalnych.

Studia kończą się egzaminami: dyplomowym (magisterskim) oraz oficerskim. Po ich zaliczeniu, na wrocławskim rynku (jeśli chodzi o WSOWL) odbywa się uroczysta promocja na pierwszy stopień oficerski, poprzedzona kilku- lub kilkunastodniowym treningiem musztry. Ważne są jeszcze rozmowy kadrowe, które decydują o przydziale przyszłego oficera do konkretnej jednostki, a tym samym do danego garnizonu i rejonu Polski. W moim roczniku większość absolwentów trafiła do preferowanych przez siebie jednostek.

 

Umowa na lata

Jest jeszcze jedna bardzo ważna kwestia, o której nigdzie wcześniej nie znalazłem informacji. Otóż przed samym podjęciem nauki podpisuje się umowę, zgodnie z którą, jeżeli słuchacz (podchorąży) nie przesłuży w wojsku co najmniej dwukrotności czasu pobierania nauki (jeśli więc uczy się pięć lat, to wymagane jest jeszcze dziesięć lat służby), musi zwrócić nakład poniesiony na jego edukację, określony w trakcie podpisywania umowy (o ile pamiętam, nie jest to kwota mniejsza niż 110 tys. zł). Oczywiście zapis ten ma zastosowanie, jeśli słuchacz nie odsłużył odpowiedniej liczby lat ze swojej winy, np. ze względu na słabe wyniki w nauce bądź przewinienia dyscyplinarne. Tak więc decyzję o podjęciu nauki w wojskowej uczelni trzeba podjąć z całą świadomością tego, że chodzi o najbliższe co najmniej 15 lat życia.

 

Wybór należy do Ciebie

Czy nauka w szkole oficerskiej spełniła moje oczekiwania? Nie do końca. Uważam, że uczelnia jest zbyt mocno skoncentrowana na cywilach, których jest kilkakrotnie więcej niż studentów wojskowych. Zdarzało się, że podczas wyjazdu studyjnego do konkretnej jednostki wojskowej większość stanowili studenci niemundurowi. Również wykładowcy są „rozdarci” pomiędzy te dwie grupy i mimo wysokich kwalifikacji może im nie wystarczyć sił, by wykazać się zrozumieniem różnic między życiem wojskowym i cywilnym. Z tego, co wiem, obecnie trwają prace nad przywróceniem uczelniom wojskowym ich „militarnego” charakteru.

Uczelnia stara się przygotować oficerów do konkretnej roli w jednostce wojskowej. Jednak mimo trudnego procesu rekrutacji, a następnie odsiewu w trakcie kształcenia i wreszcie podczas egzaminów końcowych nie da się wyeliminować wszystkich słabych ogniw. Młodego oficera po promocji, tak samo jak w pierwszych dniach „unitarki” w szkole, czeka próba charakteru i stanięcie oko w oko z kadrą, często o wiele starszą od niego, oraz bardziej doświadczonymi szeregowymi, mającymi niekiedy na swoim koncie kilka misji. Jest to kolejny egzamin, który, chcąc nie chcąc, musi zdać. Oceny wystawią mu zarówno podwładni, jak i przełożeni.

Życie podchorążego i młodego oficera nie jest usłane różami, ale pełne jest dumy, poczucia spełnienia i radości z uznania w oczach innych.

 

Ppor. Mateusz Walczak jest dowódcą plutonu w 6 Batalionie Dowodzenia 6 Brygady Powietrznodesantowej.

Mateusz Walczak

autor zdjęć: Magdalena Trzebińska





Ministerstwo Obrony Narodowej Wojsko Polskie Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wojska Obrony
Terytorialnej
Żandarmeria Wojskowa Dowództwo Garnizonu Warszawa Inspektorat Wsparcia SZ Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Agencja Uzbrojenia

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO