Apel poległych – polski fenomen

Stan rozproszonych żołnierskich grobów świadczy o naszym stosunku do Ojczyzny. Bez względu na upływ czasu one są zawsze świeże, nowe, „z teraz”. Tak jak zawsze aktualna jest idea naszej niepodległości.

„Najpierw powiedz mu, że umiera…” – zalecał kapelanom, wysyłanym w pole walki, biskup polowy Józef Gawlina. Wiedział dobrze, że Tanatos na wojnie zbiera swe żniwo bez majestatu. I chociaż śmierć żołnierza jest najbardziej dosłowna z możliwych, to jednak w pełni zasługuje na mit. Czują to twórcy kina wojennego. Chcemy widzieć w naszych żołnierzach heroicznych świętych, którzy zstąpili do okopów w imię równie świętej idei niepodległości. Pośmiertna chwała poległych to odpowiedź tych, którzy przeżyli. Żołnierz ginie na wojnie nie zawsze w okolicznościach monumentalnych, choć tak umiera najczęściej. Czasem ginie niefortunnie, przez przypadek, „zbłąkaną kulę”, czasem niepotrzebnie – przez nadmierne ambicje dowódcy, często bez sensu i bez związku. Ale zawsze jest to śmierć człowieka, który podjął decyzję, że zastawi swe życie w imię trwania jego państwa. I tę śmierć trzeba podjąć, godnie oprawić, nadać jej znaczenie przyjęte kulturowo w naszym świecie.

Cmentarze wojenne, gdzie leżą obok siebie towarzysze broni, czy pojedyncze rozsiane groby, muszą nosić ślad troskliwych rąk, współcześnie pielęgnujących to miejsce. To nieprawda, że „im już to i tak nie pomoże”. Im – może nie, ale w tym wyraża się nasz stosunek do Polski, jej spraw nadrzędnych, poważnych, obecnych stale, a nie wskrzeszanych płomieniem emocji przy okazji rocznic. W tym jest też obietnica sprzed lat, że „Polska ci nie zapomni”, oraz nadzieja osieroconej matki, że zawsze ktoś w jej zastępstwie pochyli się nad mogiłą. Źródła patriotyzmu, jak pisze Józef Bocheński w znanym eseju, nie należy szukać w najgorętszych nawet uczuciach, lecz w woli. Rozumiem to tak, że idea Ojczyzny jest na wskroś realna i poważna o tyle, o ile będzie istniał realny naród, gotów dla niej żyć i gotów za nią walczyć. To mniej więcej miał na myśli więzień alei Szucha, wydrapując na ścianie słynne już zdanie: „Łatwo jest mówić o Polsce, trudniej dla niej pracować, jeszcze trudniej umrzeć, a najtrudniej cierpieć”.

Nie łudźmy się, że wszyscy tak skwapliwie stawaliśmy do broni i nadstawialiśmy karku. „Polskę robiło zawsze jakieś 7 procent, może mniej” – usłyszałam niedawno. To nasi polegli podbijali stawkę, że warto „Polskę robić”. I że warto w Polskę wierzyć. Stanisław Rembek w swej niezrównanej książce W polu – sprowadza nasze wrodzone „C” górnego diapazonu do realiów wojny, kiedy żołnierze relacjonują śmierć kolegi. Jak zginął? Otóż „zginął zwyczajnie, zastrzelili go z maszynki”. Dziś psychologowie pewnie orzekliby, że wojskowy slang, te wszystkie eufemizmy – to rodzaj wyparcia, walki ze stresem, oswajania własnego lęku. W tym zdaniu mistrzowsko zamknął Rembek bezkres cierpienia, na które brak słów, dlatego obchodzi się je dookoła. Śmierć, mimo że powszechna, nie staje się przez to pospolita i bez znaczenia. Pamiętam świadectwa, wspominające, że kiedy w bitwach narodów inni przywołują matkę, to szaleni Polacy nawet przed śmiercią wciąż jeszcze szepczą o Polsce. Franciszek Wład, ciężko ranny w brzuch generał znad Bzury, dowódca 14 Dywizji Piechoty, zanim skonał, napisał na skrawku papieru do żony: „Myślę o Tobie. Polsce się poświęcam. Wychowaj syna na dzielnego Polaka. Spowiadałem się. Frank”. Lapidarnie, po generalsku, pisze w ostatnim słowie, jak „robić Polskę”. Osobnym rozdziałem jest to, co zrobiła z tym zaleceniem adresatka, ale syn generała walczył w szeregach Armii Krajowej. Z tonu listu wnoszę, że generał umierał bez trwogi, napisał to zdanie, bo uznał, że jest ważne, że to jego „Polsce się poświęcam” – to jak glejt do niebios. Jak Ci z 1831 roku, spod Olszynki Grochowskiej. „Przechodniu, powiedz współbraciom, że walczyliśmy mężnie i umieraliśmy bez trwogi, ale z troską w sercu o losy Polski, losy przyszłych pokoleń – o Wasze losy”. Tak, Franciszek Wład i tamci – dzieli ich sto lat, cały wiek. Ale ton przesłania jest niezmienny.

Nie boimy się walki i nie lękamy się śmierci, jeśli czegoś się boimy, to jedynie tego, czy przyjdą następni i będą gotowi, by „robić Polskę”. Bo nikt nie chce być posądzony o najbardziej naturalne zjawisko na wojnie, jakim jest strach. Wojna ma swój kod, swoje prawa, rytuały, swoje zabobony i swoje paradoksy. Wróćmy do Rembeka, który dalej w swej książce o roku 1920 opisuje cały proces, kiedy oczekujący na nieuchronne żołnierz w polu daje się stopniowo opanować lękowi. To napięcie oczekiwania wlewa w serce trwogę, paraliżuje, dosłownie sprawia, że żołnierz kamienieje mimo przyspieszonego krążenia krwi, dygotu ciała, galopu nieskładnych, absurdalnych myśli: „Myślę o czym innym. Na przykład teraz obliczałem, ile jest słupów ogłoszeniowych w Piotrkowie”. Paradoks wojny polega też i na tym, że to wróg staje się wyzwoleniem – jego ogień przywraca do życia, wyrywa z letargu. „Znikł niepokój, znikła męka oczekiwania, rozpoczynała się rozpychająca piersi radosna rozkosz walki”. Jeśli chcecie zrozumieć wojnę – sięgnijcie do tej lektury.

Jesteśmy jako naród autorami najbardziej brawurowej aneksji. Dotyczy ona sięgnięcia po dzieło bez granic, po akt przełomowy w historii ludzkości, w dziejach świata. Otóż wpisaliśmy, poprzez uzurpację absolutną (jedynie z nieco pyszałkowatym domniemaniem zgody), dzieje naszej historii niepodległościowej w dzieło Zbawienia. Często nasza wojenna ikonografia malarska jest w istocie hagiografią, gdzie Zbawiciel i Stwórca autoryzuje swą obecnością nasze zmagania i według twórców wyraźnie jest po naszej, polskiej stronie. Przy powstańcach i żołnierzach cień rzuca Najświętsza Maryja Panna. To częsty motyw, wprost przejęty zarówno z mesjanizmu Mickiewicza, jak i z winkelriedyzmu Słowackiego. W każdej z tych koncepcji – Polska jest wybrana, jej męczeństwo nie jest przypadkowe. Predestynuje ją do chwały. Wywyższa ponad inne narody. Choćby w pięknym obrazie Jana Styki Śmierć powstańca. Szlachetna, jasna twarz konającego patrzy w jeden możliwy kierunek – w niebo. Jeszcze wciąż żywe ciało podtrzymuje anioł, by za chwilę przekazać je w oderwane od krzyża ręce Zbawiciela. Przekaz obrazu jest na wskroś polski, chyba wbrew intencjom artysty, który miał ambicje bardziej uniwersalne. Agonia, przy powoli opadającej kurtynie, oddzielającej śmiertelność od wieczności, jest już zapowiedzią wiecznej nagrody, dla tych, którzy stanęli w obronie bożego porządku – suwerenności państw i narodów, z wyraźnym akcentem, że nie jest możliwy porządek świata bez niepodległej Polski.

Ukoronowaniem tego rozmachu w myśleniu jest nasz apel poległych. Ostatnio, 1 września, jeszcze nocą, zanim jasny świt rozlał się nad Westerplatte, mocny męski głos wywoływał Ich po kolei tonem pełnym powagi i, nazwijmy to, „nie znoszącym sprzeciwu”. Nie wiem, czy ktokolwiek z obecnych miał wątpliwości, że plac stopniowo się zagęszczał i nie byliśmy tam sami. Ja – nie. Ta umowa bowiem jest respektowana przez obie strony. Apel poległych – polski fenomen. I Westerplatte – polski kanon. Oczywistości. A jednak zapytano mnie całkiem życzliwie, po co właściwie jadę 1 września na Westerplatte? Trzeba wstać tak rano. Naprawdę usłyszałam takie pytanie. Kapral Jerzy Bartnik, zmarły w 2011 roku powstaniec warszawski, odznaczony na Woli krzyżem Virtuti Militari przez generała „Bora”, wrócił do Polski po wojennej tułaczce dopiero w 1993 roku – wrócił jako człowiek sukcesu. W wywiadzie udzielonym Muzeum Powstania Warszawskiego powiedział: „Jesteśmy zadowoleni z powrotu, chociaż obecne społeczeństwo wychowane przez bolszewików jest inne”.

* * *
W Sulejówku zaplanowano odsłonięcie pomnika generała Kazimierza Sosnkowskiego. W mieście Komendanta pojawi się więc i jego „Szef”, jak sam Piłsudski nazywał Sosnkowskiego. Dziwić powinno, że tak wybitna postać nie została do tej pory w Polsce godnie upamiętniona. W kilku miastach spotkać można popiersia generała. Ostatnie z nich odsłonięto przed Wojskowym Biurem Historycznym, które przyjęło imię tego wielkiego Polaka. Jedyny do tej pory pełny pomnik stojący przed szkołą w Antoniewie niedawno naprawiono po bezrozumnej dewastacji. Pomnik dłuta Stanisława Szwechowicza zapowiada się piękny. Wciąż można wesprzeć finansowo ten projekt – piszemy o tym na str. 167.

Zapraszam do lektury!

REKLAMA

Anna Putkiewicz, redaktor naczelny kwartalnika „Polska Zbrojna. Historia”





Ministerstwo Obrony Narodowej Wojsko Polskie Sztab Generalny Wojska Polskiego Dowództwo Generalne Rodzajów Sił Zbrojnych Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych Wojska Obrony
Terytorialnej
Żandarmeria Wojskowa Dowództwo Garnizonu Warszawa Inspektorat Wsparcia SZ Wielonarodowy Korpus
Północno-
Wschodni
Wielonarodowa
Dywizja
Północny-
Wschód
Centrum
Szkolenia Sił Połączonych
NATO (JFTC)
Inspektorat Uzbrojenia

Wojskowy Instytut Wydawniczy (C) 2015
wykonanie i hosting AIKELO